Między surowością a pobłażaniem
Dylematy wychowawcze
Czasami wyobrażamy sobie, że kiedyś życie było prostsze. Wszystkie dzieci były grzeczne. Spokojnie pozowały do portretów jako książątka i infantki, uśmiechnięte dzieciątka na rękach Madonny czy umorusane chłopskie dzieci na obrazach Chełmońskiego czy Makowskiego. Nie sprawiały problemów rodzicom, dziadkom, niańkom ani portrecistom. Ale od tych nieokreślonych, idyllicznych "dawnych czasów" wiele się zmieniło. Niegdyś odpowiedzialność za opiekę i wychowanie dzieci była rozłożona na kilka filarów wielopokoleniowej, silnej rodziny, dzisiaj zaś cały ten ciężar spoczywa na usamodzielnionych rodzicach. Sto lat temu matka płaczącego niemowlęcia miała dużo łatwiej, gdy chór babek i ciotek zgodnie stwierdził, że to np. kolka, trzeba podać koperek i zawsze znalazły się ręce do ponoszenia dziecka. Współczesna matka ma niewiele doświadczenia i do wyboru mnóstwo poradników (chór autorów już nie jest jednobrzmiący) i niezbyt często kogoś, kto służyłby wsparciem, pomocą i mądrą radą. Zmiany społeczne doprowadziły w pewnym sensie do wyizolowania rodziny, ale należy dostrzec też ich pozytywne strony, jakimi są: większa odpowiedzialność i samodzielność rodziców, silniejsze więzi emocjonalne z dziećmi i większe zaangażowanie ojców w życie rodziny. Ojciec, który od najwcześniejszych dni nawiązuje kontakt z dzieckiem, nie zapyta później
"a właściwie to do której ty klasy chodzisz?" Wszelkie stwierdzenia typu "kiedyś było dobrze, teraz jest gorzej" lub odwrotnie ukazują tylko część prawdy i są dużym uproszczeniem, jednakże pozwalają wysnuć refleksję, że choć świat się wciąż przekształca, to pewne wartości pozostają niezmienne. Jedną z nich jest troska o wychowanie dzieci.
Na przestrzeni lat powstawały różne modele wychowywania, był pruski dryl z żelazną dyscypliną, surowymi karami i tzw. wychowanie bezstresowe (niekiedy bardzo stresujące dla otoczenia). Niejeden rodzic szukając złotego środka balansuje między pobłażliwością a surowością. Głosy psychologów i zdrowego rozsądku każą szukać rozwiązań gdzieś pośrodku. Podejście do dzieci powinno opierać się na postawie pełnej zrozumienia i szacunku. Wbrew pozorom szacunek nie wyraża się w pobłażliwości. Spełnianie wszystkich zachcianek dziecka prowokuje je do ciągłego sprawdzania jeszcze może sobie pozwolić i wyrabia w nim umiejętność manipulowania dorosłymi. Jest to sytuacja niezdrowa i dla dziecka,
i dla rodziców. Oczywiście wszyscy rodzice kochają swoje dzieci i pragną dla nich tego, co najlepsze, jednak nie zawsze to czego życzą sobie jest dla nich dobre. Ustalenie pewnych granic dałoby im większe poczucie bezpieczeństwa.
Skrajnie przeciwną postawą jest system surowych kar i zakazów. Skuteczny, ale tylko pozornie. Bicie
i upokarzanie może wyeliminować niepożądane zachowania, ale niekoniecznie pozwoli zrozumieć, dlaczego było ono złe i jakie wyciągnąć z tego wnioski. Stosowanie przemocy nie może być podstawą kształtowania pozytywnych postaw. Dziecko koncentruje się raczej na własnym poczuciu wstydu, bólu i nawet chęci zemsty niż na tym, że ktoś ucierpiał, że została złamana jakaś reguła. Zasady przestrzegane głównie z lęku przed karą są traktowane jako coś zewnętrznego i trudniej utworzyć z nich własną, wewnętrzną hierarchię wartości. A pomoc w jej budowaniu jest przecież jednym celów wychowawczych rodziców, wychowawców i katechetów.
Chociaż w każdym domu panują inne obyczaje i sposoby traktowania dzieci, to w zasadzie wszyscy dążą do podobnego celu, jakim jest wpojenie dziecku podstawowych wartości, umiejętności życiowych i ukształtowanie takich cech, jak poczucie własnej wartości, umiejętność obiektywnego myślenia, rozwiązywania problemów, prawość, uczciwość, poczucie humoru. Najbardziej sprzyjający klimat do rozwoju w tym kierunku stwarzają rodzice, którzy przejawiają szacunek dla wartości, dla siebie i dla dziecka.
Maria Seweryn
|