prof. dr hab.

„Tryptykiem
Rzymskim”
I.
Tryptyk Rzymski – Mądrość i Poezja
II.
Twórczość na krawędzi tajemnicy światła
IV. Teoria poezji w odmętach naturalnego chaosu
_______________
Jan Paweł II to zjawisko w skali
kosmicznej; papież, którego uniwersalne referendum umysłów i serc, przyozdabia
tytułem „Wielki”, a jednocześnie ciągle Karol Wojtyła – oriundus de
Wadowice, Człowiek. Znałem go niegdyś osobiście. Znam go z całej twórczości
literackiej i wydaje mi się, że na wadowicką kołyskę musiały jednocześnie
spojrzeć i Palas Atena i Apollo. Dla mnie Karol Wojtyła przedstawia się w
pierwszym rzędzie jako myśliciel, którego kondensacja refleksji intelektualnej
osiąga poziom poetycki; sublimacja abstrakcji osiąga tak niebosiężny pułap, że
myślom – nawet autentycznie prostym – przyprawia skrzydeł. Z całą pewnością
człowiek zatopiony w bezmiarze utworów Karola Wojtyły odnosi wrażenie, że
ledwie stąpa po ziemi, że przeniesiony zostaje do wirtualnego raju, w którym
jedynie z rzadka może potknąć się o egzystencjalny, kanciasty kamień.
Jose Ortega-y-Gasset, racjowitalista na
początku ubiegłego wieku, słusznie zauważył, że pierwszym przeżyciem ludzkim,
otwierającym drogę do zachwytów, to zdziwienie. Świat musi najpierw
zelektryzować człowieka, postawić go w stan czujności, swoistego alertu;
przyszły myśliciel musi najpierw wszystkimi swoimi włóknami nerwowymi zadziwić
się, choć na pewno znalazłby się cudowny materiał na obezwładniające
osłupienie, ale równoważący rozum pozwala jedynie dziwić się, czyli aktywnie
nastawić się na otoczenie. Spójrzcie, tyle atramentu musiałem przelać na papier,
a Karolowi Wojtyle wystarczyło to skwitować jednym słowem „zdumienie”. I to nie
tylko zdumienie indywidualne, jednostkowe, ale globalistyczne, bezczasowe,
należące do apeironu boga Aiona. Każdy byt: przeszły i przyszły, musi być
„kopnięty” przeżyciem Ruah (Ducha, który tchnie kędy chce) oraz pustki
pełnej treści i generującej znaczenia „Duch Boży unosił się nad wodami”. I tak
po prawdzie, czy coś więcej działo się i będzie się działo kiedykolwiek?
Oscylator chaotycznych fal mózgowych A. N. Whitehead’a to wie i R. Rynkowski,
„... że dziewczyny lubią brąz i nawet słońce o tym wie”.
Jan
Paweł II odbywa już ponad setną podróż apostolsko – ekumeniczną po świecie, a
mimo to nadal pozostaje zgodnie z historią tradycyjnym Więźniem Watykanu. Ale
dopiero teraz, niesionemu na skrzydłach poezji udało się Papieżowi przesadzić
mury Watykanu i zrzucić z siebie chwalebne pęta więzienne. Czuje się, że
„Tryptyk Rzymski” otworzył Wielkiemu Człowiekowi bezmierną przestrzeń pełną
ludzkiej wolności. Unosząc się duchem nad lasami, polami, strumieniami, a nade
wszystko nad ukochanymi górami – naturalnymi Świątyniami Boga i dziełem chaosu.
Nie widzę sensu dla pytań: dlaczego Papież złamał zapowiadane postanowione
milczenia poetyckiego? Zwróćcie uwagę, że poemat zaczyna się od jednowyrazowej
inwokacji do chaosu: Ruah. Chaos nie
zniewala, ale stawia przed człowiekiem emergencyjne wybory, niekiedy dobre, nie
do odrzucenia. Absolucji nie trzeba.
Do obyczaju poezji należy łączenie w
sobie elementów świeckich i duchownych.
Poezja tryptykowa oznacza się ascetycznym ubóstwem słowa, ale nie
treści. Oszczędne proste słowo, ale obciążone brzemieniem miłości
promieniującej na cały świat, słowo zwykle piękne jak kwiat polny, ale
obładowane treścią, dlatego to pod ogólnym pełnym prześwitów programem Papieża
mogą podpisać się niezliczone rzesze czytelników. Tam właśnie jak na stelażu
potrafię podpiąć swoje życiowe ambicje i plany na przyszłość. Trzeba mieć
ogromną wiedzę, aby móc mało i skrótowo mówiąc tak dużo powiedzieć. Charyzmat Jana
Pawła II zasadza się głównie w łatwym sposobie nawiązywania kontaktu, sympatii
i syntonii wyrażanej nawet jednym krótkim zdaniem. Zdarza się, że narzucone na
tło Pater Noster lub pieśń Barki.
Ile wody przepłynęło już Dnieprem, a na Ukrainie ciągle brzmi jak zaklęcie: Nie lyj dyscu, nie lyj.
Osobiście cieszę się ogromnie, że
Papiestwo – Wielka Sprawa – zwróciło światu, choć na mgnienie oka Człowieka
Ogromnego Ducha. Nie dziwcie się, że na początku pontyfikatu, Wadowiczanin
skonfrontowany z niebosiężną perspektywą, zbyt deklaratywnie, ale i nie bez
nostalgicznego żalu, wyrzekł się poezji, czyli siebie po większej części.
Deklamacje zakonspirowanego za okularami Karola Wojtyły z „Kotlarczykowego Rapsodyku” wydobywam ze
mego sercowego memuaru, jak świeże liście. Radość potęguje fakt, że oprócz
wspaniałych homilii, pełnych dostojeństwa encyklik, pojawił się niespodziewany
i zaskakujący „Tryptyk Rzymski” Ave Homo Vadoviensis. Wilka zawsze
ciągnie do lasu przesyconego żywiczną atmosferą, pokrywającego stoki górskie.
W moim bronowickim (na odmianę)
komentarzu do Tryptyku Rzymskiego starałam się dać skromne podstawy
teoretyczne, które pozwoliły pojąć ogrom tego dzieła. Nie waham się użyć
naturalistycznego porównania „z górskimi potokami i kaskadami szumiącymi rytmem
Boga”, z „zapachami lasów” ukochanego ziemskiego Edenu, czarującego kadzidłami
boskiego raju; ze źródłami ciszy, które dają początek życiodajnym strumieniom,
ale nie uchylają rąbka tajemnicy, skąd wytryskały i gdzie się podzieją.
Często głęboko zastanawiam się, czego
upadłe anioły pozazdrościły marnemu człowiekowi kroczącemu po ziemi, padole
płaczu i łez; po polach bitewnych, pod gradem kul i bomb; człowiekowi, który
zadufany w swej zarozumiałości, do katalogu grzybów wprowadził najbardziej
trujący rodzaj: grzybka atomowego? Teraz mniej zachodzę w głowę, bo jestem
świadkiem współczesnego Adama, który wielbi Świętą Trójcę, a obok tego w sposób
niemal panteistyczny, a nawet panenteistyczny kocha lasy, góry, orzeźwiające
krynice, wodę ze wszystkich źródeł ziemi i strumyków, w których spragniony
człowiek mógłby umoczyć wargi i ugasić pragnienie sensu przemijania. Tu Autor
niczym buddyjski mnich, niczym tybetański gompcze (biegacz) przepina łuk
metafory między rudymentami niedostępnych Himalajów a sensem człowieczeństwa,
ukształtowanego na obraz i podobieństwo Boga. O czym tu dumać: nad sensem
trudnym do przeżywania, bo sensem trwania cierpienia, kresem ludzkiej niedoli
pośmiertnej żałoby. Gigantyczny Autorytet, złożony ciężką chorobą, niczym Job
biblijny, zaklina po trzykroć i zaręcza człowiekowi, że to wszystko ma sens.
Gigant, który nigdy nie powiedziałby Bogu Non serviam, ale siebie
ogłasza „sługą sług”, który wszystkimi dostępnymi środkami dyplomatycznymi
walczy o realizację najpiękniejszego Boskiego Przekazu: „Błogosławieni
wprowadzający pokój, albowiem oni będą synami Bożymi”. Bogu składam największe
dzięki za Adama Wadowitę, który żyje i modli się w dzisiejszym świecie,
zaludnia ziemię Błogosławionymi i Świętymi i komunikował mnie niegodnego.
Przepraszam za ową osobistą dygresję, bez której nie mógłbym pojąć samego
siebie.
Wspaniałe medytacje „na progu” Kaplicy
Sykstyńskiej są obiektem podziwu, niekłamnego piękna i głębokiej zadumy, ale ja
w swojej uniżoności zapragnąłem, aby były lepiej pojmowane, bo nigdy tu na
ziemi nie będą mogły w sposób egzystencjalny tzn. dosłowny i literalny być
zrozumiane. Dlatego „Tryptyk Rzymski” z inicjatywy mojego serca odczytuję
antycypując mój bronowicki komentarz. Może nawet zbyt odległej i niedoszłej: mea
culpa. Ale gdy słyszę seplenienie deklamatora, który patrzy na Tryptyk jak
wół na malowane wrota; lub gdy słyszę bąkanie pod nosem zadufanego dyskutanta,
który z „cielęcym uwielbieniem i zachwytem” referuje ostatnią wolę – testamentu
K. Wojtyły, to zaczynam czuć się nieswojo.
Próg sykstyński, to krawędź chaosu.
Przed krawędzią znajduje się wirtualna koherentna mądrość Sądu Ostatecznego,
spływająca ze ścian Kaplicy wraz z pięknem spiętrzonych scen Michała Anioła, a
gdy już odpadniemy od chaotycznej krawędzi do rzeczywistości egzystencyjnej, to
odnajdujemy się pod napisem nad bramą wadowickiego gimnazjum. Co za odważny,
przez chaos napięty łuk związku semantycznego między Rzymem a Wadowicami? Co za
błogosławiony biały szum w kipieli myśli podsunął Karolowi Wojtyle mariaż obu
ukochanych przez siebie miast. Wątek „mężczyzną i niewiastą ich stworzył”
pojawił się na str. 22, a także napis na wadowickim gimnazjum: Casta placent
superis; pura cum veste venite, et manibus puris sumite fontis aquam*. Na wyłączny użytek Autora ośmielę się ów szum biały przemianować
na anielski, bo tylko ręka anioła potrafiłaby tak uruchomić „koło ruletki” w
umyśle Karola Wojtyły, aby wypadły Wadowice obok Rzymu. To odwieczny twórczy
chaos przygotowuje materiał wyobraźni i sugeruje ów wybór, który padł nie na Plus
ratio, quam vis odnowionego ostatnio przez Karola Estreichera portalu
(Collegium Maius UJ), ani nie żadną inną inskrypcję na kuli ziemskiej,
okrążonej kilkakrotnie przez globtrotera Jana Pawła II. Tu trzeba się dziwić
poezji Karola Wojtyły. A nawet zadziwić geniuszem Autora, umiejącego odczytywać
swe własne myśli in statu nascendi. Gdyby szukał pośrednictwa koncepcji
i uzasadnień wyboru, to nie wiadomo, czy zdążyłby z Castel Gandolfo dojść do
Wadowic na czas, zwłaszcza że historia Wadowic tu i teraz jeszcze się nie
zaczęła.
Na
krawędzi uniwersalnego chaosu funkcjonuje bogini mądrości Minerwa i bóg Apollo.
Do pierwszej należy wirtualna dziedzina piękna, dobroci i sprawiedliwości,
drugi zawiaduje egzystencjalnym wyrazem sztuki wszelkich gatunków. Dlatego
znika alternatywa: albo, albo. Karol Wojtyła to myśliciel – mędrzec, a
jednocześnie poeta. I w tym nie ma żadnej sprzeczności. Współcześnie Minerwę
zluzował E. Bobula, bo do dedukcyjnego modelu świata wprowadził zwrotność,
dzięki której egzystencyjne drobiazgi po ich przerzuceniu poprzez krawędź
wzbogacają esencyjną, koherentną pulę wirtualnej mądrości. O wiele łatwiej
przyszło zastąpić Aollina przez R. Penrose’a, który dzięki odkryciu
zorkiestrowanej redukcji obiektywnej, z każdego wirtualnego źródła koherencji
potrafił wyprowadzić strumień ożywczej, egzystencyjnej poezji, po wcześniejszym
ubraniu jej w słowa. Nie istnieje poezja bez słów. Ale dla Karola Wojtyły
trzeba powołać nową i obszerniejszą konstytucję lingwistyczną. W poezji Karola
Wojtyły uderza oszczędność słów; istnieje ogromna kondensacja treści, są
wielkie skróty myślowe, bo Autor – jak domyślam się – jednocześnie pisze i
modli się, a Chrystus nauczał: „nie bądźcie gadatliwi na modlitwie”. A innym
razem z całej symfonii powtarza aż trzy razy tą samą repryzę: „to ma sens”. Licentia
poetica idzie w kąt i powstaje wtedy esencjonalnie bogate zjawisko: poezja
prawie bez słów. Jednak nie obawiajmy się, Autor nigdy nie wyrzeknie się słowa,
które mogą z powodu zbytniego zaufania nastręczać trudności. Na świecie bowiem
roi się od bytów nienazwanych, a z kolei z pustosłowiem spotykamy się na każdym
kroku. Dla Karola Wojtyły In principio erat Verbum... zawsze będzie
brzmiało najmocniejszym akordem, tak jakby to ewangeliczne, Janowe słowo
wypowiadał sam Bóg. Choć verbum, które ma wiele konotacji i niestety
może działać jak lingwistyczna mina podłożona ręką i językiem perfidnego
propagatora, to nie widzę innej rady, jak tylko uwierzyć szczerej, wielce
etycznej S. Weil i akceptować jej pogląd, że są w użyciu słowa jak Bóg, prawda,
które nie potrzebują żadnych wsporników, ani żadnej teoretycznej koncepcji do
ich uzasadnienia. Są, są i są. I basta! Przepraszam za z całą pewnością nie
harmonizujący z powagą i dostojeństwem sprawy radykalizm. A idąc śladem C.
Pierce’a chcę abdukować ( a właściwie addukować) św. Tomasza z Akwinu, który
monitował, że trzeba uważać nie tylko na to, co się mówi, ale czyje usta to coś
wypowiadają. Ponadto dobrze wiem, że Ojciec Święty intuicyjnie, a także
woluntarystycznie, unika absolutyzmu i radykalnych stwierdzeń tnących jak
żyletka. Proszę zauważyć, że Autor w „strumieniu”, Księgę Genesis zaczyna nie
od Bereszit bara, ale od „Duch Boży unosił się nad wodami...”. Bo widać
nie uważał za stosowne wdawać się erystykę tak wieloznacznego chaosu, ani nawet
bardziej jednoznacznego „światła”, i dopiero w Duchu Świętym znalazł „happy
end”, a po prawdzie „happy begining”. Quod
erat ad demonstrandum.
Dwukrotnie
– może nieco obsesyjnie – Kaplicę Sykstyńską wstrząsał monit „Wszystko odkryte
i odsłonięte jest przed Jego oczami”. To oczy – choć u człowieka są
najważniejszym kanałem, którym dostaje się do świadomości 90% informacji o
świecie zewnętrznym, są odpowiedzialne za to, że tak nikłymi i tylko pośrednimi
wiadomościami dysponujemy o wszechświecie. Gdyby nie teleskopy to w Gai
zaścianku żylibyśmy jak w kurnej chacie. Z planu stwórczego można wywnioskować,
że człowiek nastawiony został, aby raczej patrzeć w swoje wnętrze, a nie na
otoczenie. Jeden E. Kant wczuł się intuicyjnie w ów plan i przeniósł punkt
ciężkości na duchowość, odgradzając się od świata transcendencją, fenomenotyką
i wreszcie „rzeczą samą w sobie”, rzuconą rozumowi jak zabawkę. Człowiek nie
widzi wiele i jak wykazał S. Zeki, przy pomocy bardzo zmyślnych kodów – kluczy
– wytrychów próbuje – jak złodziej – wedrzeć się do otaczającej Natury.
Człowiek choć mało widzi, dużo wie. Wiele gatunków stworzeń przed człowiekiem
także miało oczy, i to jeszcze jak znakomicie bystre, ale żadne nie obdarzone
zostało przywilejem „czynienia sobie ziemi poddaną”. Tu tkwi sedno sprawy.
Rozmyślania
w Kaplicy Sykstyńskiej zawierają jeden smutny, bolesny fragment: „po mojej
śmierci” tu odbędzie się następna konklawe. Karol Wojtyła jako Civis Romanus
rozważa w swoim papieskim wnętrzu o przyszłym losie Łodzi Piotrowej. Nie
wiadomo, czy troszczy się, czy martwi, skoro wierzy w Opatrzność Boską. Zna
swoje, drugie po Bogu miejsce w szeregu i ani na milimetr nie wysuwa się
naprzód, nie bawi się w proroka, ani słowem jednym nie sugeruje, kto ma być
sukcesorem na Stolicy Piotrowej. Tak wygląda wolność, takt i subtelność w
testamencie Karola Wojtyły.
Nie da się zapomnieć żadnej opinii
Prymasa Tysiąclecia Stefana Wyszyńskiego. W mojej pamięci zakotwiczyła się
szczególnie jedna uwaga „Wybór papieża to także tajemnica”, nie możemy znać
wszystkich detalicznych szczegółów ani interwencji ekstraterytorialnych, skoro
Karol Wojtyła na hasło swojego pontyfikatu wybrał, przygnane z kalwaryjskim
wiatrem Totus Tuus. Ja odwiedziłem w Rzymie papieży Jana XXIII, Pawła
VI,; będąc w Weiszburgu wybierałem się, aby wzmocnić swe serce uśmiechem Jana
Pawła I, ale nie zdążyłem. Zszokowany i zmożony tym prasowym doniesieniem wurde
gemerdet. Za rządów Karola Wojtyły nie byłem w Rzymie i pewnie już nie
starczy mi życia, abym dotarł tam w najbliższej przyszłości. Mea maxima culpa. Choć wszystkie drogi
prowadzą do Rzymu, to jednak moja życiowa ścieżyna doprowadziła mnie 23
sierpnia 2002r. tylko na Krakowskie Błonia. Miłe to dla mnie miejsce, tak jak
cała lewobrzeżna okolica Rudawy z hamernią i botoką, gdzie pasałem krowy do
czasu matury. W trakcie ostatniej wizyty Ojca Świętego beatyfikowany został mój
„prywatny” patron, ukochany Ojciec Jan Beyzym. Najwybitniejszy na świecie
przedstawiciel służby zdrowia, choć nie lekarz. Prosił Boga o zarazki trądu dla
siebie, aby mógł upodobnić się do swoich podopiecznych, odgrodzonych od świata
murem pogardy i zapomnienia. Tu nie wystarczy miłość, tu trzeba było oszaleć z
miłości.
„Tryptyk Rzymski” to piękne, dobre i mądre dzieło, ale ja nie jestem godny i nie śmiem otworzyć go do końca. Trzecia część musiała pozostać dla mnie zamknięta; zatrzaśnięta, bo czuję lęk, aby tam nie porozbijać eksponatów, nie zachować się jak słoń w Muzeum Porcelany. Ponadto autorowi także należy się coś na własność ze swego dzieła: intymność i prywatność. Chaldejskie miasto Ur z kultem boga Nuna – Księżyca – wzgórze w Krainie Moria. A przede wszystkim wirtualna i konkretna wiara. Nic dziwnego, że wśród trzech cór Świętej Sophi na pierwszym miejscu, przed życiodajną nadzieją i przebóstwiającą miłością, wymieniona została przenosząca góry wiara. Bez wiary Bóg nie istnieje dla człowieka. Choć wiata to także dar, którym niestety nie wszyscy są obdarzeni. Nie jestem przekonany, czy nie bez ich osobistej winy. Są w życiu sytuacje, w których człowiekowi coś dają, ale on nie może po to sięgnąć. Nie wiadomo, czy przez pokorę, czy przez dumę lub wewnętrzną zarozumiałość, a nie wykluczone, że może również przez uczciwość. Przecież o dar Bożej Bojaźni trzeba modlić się, jak o deszcz, czy lepszą pogodę. Należy bogobojnie żyć! Znam swoją grzeszność, pamiętam swoją i kolegów szaleńczą młodość; ale nigdy nie podzielałem ich odstępstwa od wiary. Nie gniewałem się nigdy na Pana Boga. Nie odstępowała mnie nigdy świadomość łączności z Moim Bogiem, z Moim Panem i Moim Ojcem. Dziwię się, bo przecież mi wolno, zwłaszcza gdy na zadziwienie i zachwyty otrzymaliśmy papieskie przyzwolenie – że Karol Wojtyła preferuje nie fakt historyczny, streszczający się w ewangelicznym Wykonało się na górze Golgota, ale woli oczekiwać na powtórną emergencję – objawienie Jezusa Chrystusa na wzgórzu w Krainie Moria. Wprawdzie historia oznacza zawsze petryfikację czasu minionego. Z kolei wielokrotnie zapowiadane ponowne przyjście Chrystusa przy końcu świata, przestaje być rewelacją. Ale Rzymski Substytut Chrystusa, jako autentyczny, z Woli Bożej, Poeta, nie może wyrzec się pełnego nadziei oczekiwania na Zjednoczenie Wiary Wszystkich Kościołów na Ziemi, ani na buddyjskie olśnienie, ani na ekumeniczne TAO, czyli w istocie znów na Ducha Bożego unoszącego się nad wodami, jak było na początku w Genesis tak i ninie. W chaotycznej konwencji oznacza esencjalny, koherentny, bezczasowy Apeiron – Wieczność.
Po ogłoszeniu końca limitologii[1],
czyli po odrzuceniu jako nieoperatywnej idei granicy w bezkresnej otchłani od
wiecznego chaosu[2], R. Lewin[3]
i M. Waldrop[4] stworzyli
koncepcję krawędzi naukową jakkolwiek zbliżoną do intuicyjnego pojmowania tego
słowa. Krawędź nie zmienia charakteru rzeczywistości, ale np. w wypadku gór
stwarza odmienne warunki ich obserwacji: jeden ich górski stok staje się
aktualnie widoczny, a drugi – zasłonięty, niewidoczny w filozoficznym sensie M.
Merleau-Pontego[5]. Chaotyczna
emergencja krawędzi zwalnia badacza od poszukiwania mechanizmu jej powstawania,
zwłaszcza, gdy odrzuci się, jako nieuzasadnioną tezę P. S. de Laplace’a o
uniwersalnej Gładzi, czyli powszechne wyobrażenia o idealnej gładkości
powierzchni obserwowanych przedmiotów. Chaos aprobuje liczne, nieliniowe i
nieproste sposoby zachowania: pofałdowanie i rozprostowywanie, falowanie
płaszczyzn, zapętlanie oraz mieszanie warstw jak w piekarskiej dzieży, aż
osiągnie się stan jednorodny i bezpostaciowy, niepowtarzalnej różnorodności,
obok fraktalowo-holistycznych krajobrazów. Gdy stopień ich kierowności, zależny
od instrumentów optycznych i od stanu emocjonalnego badacza, podwyższy się to obserwable mogą być
odczytane jako garby, kanty i krawędzie.
Autorami frazy „krawędź chaosu” byli N.
Packard i E. Langton[6]
z Instytutu Santa-Fe, którzy pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku,
eksperymentując z automatami komórkowymi doszli do wniosku, że obliczeniowa moc
systemu – tzn. zdolność gromadzenia i opracowywania informacji osiąga szczyt w
przedziale między działaniem periodycznym a chaotycznym, czyli właśnie na
krawędzi. Idea krawędziowości staje się pożytecznym narzędziem w rozwiązywaniu
problemów nie tylko nieskończoności (ifinitezymalności), ale również całego
szeregu zagadnień poruszonych już w niniejszym opracowaniu. „Krawędź” w sensie
fizycznym nie musi być wąską linią załamania wierzchołka, czy szczytów góry,
ale może to być także, zgodnie z teorią chaosu szeroka przestrzeń fazowa, w
której proces przechodzi przeobrażenie lub dokonuje się transcendencja.
Jako przykład
myślenia „na krawędzi intelektualnej” może służyć przyrodoznawstwo K. Kłósaka:
między napięciem indukcyjnym teorii biologicznych a napięciem dedukcyjnym
filozofii przyrody przeskakuje iskra galwanizująca obydwie dziedziny i na ich
krawędzi powstaje amalgamat w postaci przyrodoznawstwa[7].
Krawędziowy charakter posiada poznanie gnozyjne wtapiające w jedną całość
dualizm epistemologiczny, naukowo-filozoficzny.
W fazowej
przestrzeni zespolonego układu mózg-psyche rysuje się wyraźna krawędź między
selfem-światłem biologicznym, a świadomością – światłem psychologicznym. Gwoli
sprawiedliwości trzeba powiedzieć, że w Instytucie Złożonych Systemów
Adaptacyjnych w Santa-Fe nie tylko narodziła się „instytucja krawędziowości”,
ale także tam powstała jej krytyka, ponieważ nie doceniono faktu, że krawędź to
nie tylko problem demarkacyjny, ale także zasadniczego i tajemniczego
przeistoczenia. Tajemnica tego przeistoczenia nie dokonuje się na
astronomicznym przełomie dnia i nocy, ale na krawędzi w świadomości przy pełnym
oświetleniu światłem świadomości. A więc owa dziwna krawędź nie powinna
kojarzyć się z brzegiem mebla, bo byłby to tylko wybieg, a raczej z kantowską
ideą wzajemnej przenikalności duchowości i sensualności, buforującym sens
nieoperatywnej nieskończoności. Jasnością bez granic i bez wyraźnego horyzontu
nie można by się posługiwać, dlatego należy zrezygnować z jej globalistycznych,
wirtualnych i nieumiejscawialnych własności, a przy pomocy „ostrego skalpela”
krytycyzmu jedynie sekwestrować egzystencyjne dystrybuanty i wydzielić pola
manewru. Idea krawędzi to całkiem coś innego niż pojęcie granicy, za którą
wszystko się kończy. Za krawędzią dopiero rozpościera się w dwóch przeciwnych
kierunkach przestrzeń podzielona na dwie rozległe domeny inności, inaczejstwa.
Najważniejsze znaczenie ma krawędź
rzeczywista między esencyjną wirtualnością a egzystencyjną aktualnością[8],[9].
Możemy więc suponować, że światło z jednej strony krawędzi ma odmienne cechy w
porównaniu ze światłem po drugiej stronie. To twierdzenie przenosi punkt
ciężkości rozważań z samego światła na tajemniczą krawędź. Gdybyśmy „od
zewnątrz”, tzn. od strony człowieka i z jego inicjatywy nie wprowadzili zasady
brzegowości czy krawędziowości (edgging), to chaos nadal pozostałby w
stanie eterowego letargu bez aktywności i bez powinowactwa do Natury. Niektóre
krawędzie, ze względu na ich ważność, opatruje się nazwami. W obrębie gnozy
zidentyfikowaną krawędź można by określić cybernetycznym synkretyzmem[10],
zespalającym indukcyjny konkretyzm z dedukcyjnym atrakcjonizmem i
generalizacją. Widać stąd, że gnoza nie może dokonywać dowolnych wyborów, że
krawędź realizuje przymus synkretycznego ujmowania teraźniejszości, że
warunkuje między bogiem Aionem - wirtualność i Chronosem – egzystencyjność,
zgodę generującą mądrość.
Dzięki krawędziowości powstaje nowy
świat zapowiadany przez wszelką twórczość naukowo – kulturową, w której
poznanie gnozyjne, wiąże w sposób hermeneutyczny percepcję z upostaciowywaniem,
gdzie sylwetka atraktorowo-repilerowa przeobraża się we fraktalowo -
holistyczny krajobraz chaosu. Krawędzie funkcjonują na prawach urzędów celnych,
które dbają o poprawną dwukierunkową trangresję pojęć w idee, a przeżyć w słowa
i akty.
Za
pierwsze podejście – implicite – naukowe do opracowania krawędzi - jako symbolu
współorganizowania natury przez człowieka – można uważać „zsynchronizowaną”
redukcję obiektywną R. Penrose’a[11],
która stóg słomy przeprowadzała, a w istocie redukowała do pojedynczego,
oddzielnego źdźbła. Oczywiście, znakomitemu fizykowi nie mogło ani przez myśl
przejść, że owa zagadka w enigmie dokonuje się na „cyrkowej, okultystycznej”
krawędzi, ale także jako przedstawicielowi rygorystycznej nauki nie mogło
przydarzyć się, aby za jednym otwarciem ust opisać awers i rewers swego
odkrycia, czyli także „subiektywną generalizację obiektywną”, polegającą na
odwrotnej operacji integrującej pojedyncze źdźbła w stertę słomy. Jako
zwolennik „przewrotu krawędziowego” mam nieodpartą pokusę, aby przerzucić
pomost między wiekopomnym odkryciem tajemniczego faktu „obiektywnej redukcji
zorkiestrowanej”, a średniowieczną „ontologia fizyczną” R. Gressetete’a[12]
i metafizyką światła R. Bacona[13],
znakomitych antenatów prześwietnej szkoły oksfordzkiej, do której należy R.
Penrose. Wyczuwa się tu i teraz wspaniałą, tradycyjną atmosferę panującą w
Oksfordzie od 1277 roku. Szkoda tylko, że R. Penrose nie puścił z wodzy swej
wyobraźni, ani też swej myśli na zwrotny tor „zsynchronizowanej generalizacji
subiektywnej”, która rozproszone elementy konkretu potrafiłaby złączyć w jedną
zasadniczą, pojęciową całość o zagęszczonej koncentracji. Owe „całostki”
wzbogacały archetypy G. C. Junga[14]
oraz gatunkową, globalną pulę mądrości R. Sheldrake’a[15].
Znacznie odważniejszy w swym myśleniu
okazał się E. Bobula[16],
który jako matematyk był w mniejszym niż fizycy stopniu obciążony konkretami i
dlatego zadbał, aby dyfuzja Fouriera została uzupełniona procesem zwrotnym,
odwracalnym, czyli nie tylko rozpraszała, ale – po przeskoczeniu krawędzi –
zaczęła skupiać dyssypatywne elementy. Ponadto należy podkreślić, że propozycja
E. Bobuli implikuje także koncepcje krawędzi implementowanej przeze mnie do
rozważań Penrose’a, a ponadto obrazuje,
jakim wodzidłem dla wyobraźni twórczej może być metodologia scientystyczna. Na
tajemniczej krawędzi świadomości realizuje się funkcja skokowa – sigma,
przekoziołkowanie redukcji w uogólnienie, czyli dekoherencji w koherencję,
dyfuzji Fouriera w odwracalny proces kondensacji E. Bobuli, czyli detalicznej
rzeczywistości dnia powszechnego w poetycki manifest, czy poemat muzyczny.
Tylko równowaga po obu stronach krawędzi miedzy dziedzinami, a wartościami
funkcji skokowej pozwala światu rozwijać się w sposób prawidłowy. Stąd
wnioskuje się, że krawędziowość staje się głównym, operacyjnym problemem
regulacji stosunków między Naturą a Człowiekiem oraz ogólniejszą i bardziej
finezyjna trawestacją złagodzonego prawa przyczynowo-skutkowego. Przede
wszystkim dlatego, iż zakłada bogatsze, nieliniowe i odwracalne związki między
zwykle wieloczynnikowymi: przyczyną i skutkiem. To uogólnione prawo
przyczynowo-skutkowe obejmuje także fenomenologiczną odmianę prawidłowości
sugerowanej przez K. Kłosaka[17],
a nawet , być może, przybliża pojmowanie i rozumienie ontologicznych relacji w
świecie[18].
Uwzględnienie krawędziowości w przestrzeni fazowej budzi nadzieje na
wytłumaczenie przejścia liniowych modeli reakcji chemicznych w nieliniowe z
reguły modele fizyczne.
Z tego rodzaju skokowej przewrotki intelektualnej,
„umiejscawianej” na krawędzi przestrzeni fazowej, lub przestrzeni stanu w
warunkach równowagi termicznej, mogą korzystać mniej lub bardziej świadomie
twórcy wirtualnych modeli technicznych w realizacjach konkretnych. Jakkolwiek
największe żniwo na polu tajemniczej krawędziowości zbiera kultura: literatura,
a zwłaszcza poezja. Nawet w najbardziej ulotnej i bezsłownej muzyce nie łatwo
wyróżnić elementy biorące udział w krawędziowej trangresji, zwłaszcza gdy sama
idea krawędzi staje się aluzyjna i iluzoryczna. Dlatego to właśnie kultura
obfituje w pseudotwórczość, w której najtrudniej odróżnić „sercem i rozumem”
kicz i banał od prawdziwego dzieła. Niemniej bez wahania można przyznać rację
M. Heideggerowi[19], że kultura
to najsprawniejsze i najbezpieczniejsze (najbardziej ekologiczne) narzędzie
panowania nad Naturą. Mniejszą ufnością darzył ów filozof cywilizację, a
szczególnie technikę, która w swych przesadnie ambitnych planach i marzeniach
sennych, chce zastąpić, a nawet wyrugować Naturę. Pomimo oczywistych obaw,
cywilizacja przysporzyła światu wielu nie zaprzeczalnych bogactw. Z
rozrzuconych detali, z bloków rozmaitego kamienia i kęsów stali potrafi
wyczarować nową, dotąd nieistniejącą rzeczywistość, która oprócz tego, że
przynosi realne i wymierne korzyści, wzbudza ogromny podziw. Mity są poetyckim
wyrazem prób opanowania nawet wąskich dziedzin.
Kultura i
cywilizacja to potężny, wyłącznie ludzki dodatek ewolucji świata, której
współpracą staje się człowiek. Według Poppela[20]
poezja zawiera czynnik najbardziej kreacyjny i wartościujący. Czasowa (bo tylko
w minimalnym stopniu przestrzenna, umiejscawiana) struktura wierszy zawiera
jednostki postrzegania i postaciowania. Psychoneurologia wdzierająca się do
weryfikacji i poetyki odkrywa teraźniejszość, która trwa zaledwie 3 sekundy, to
znaczy tyle czasu zabiera grupowanie jednostek percepcyjno-egzekucyjnych w
mózgu. Interwały trzy sekundowe ograniczone są mechanizmami neutralnymi,
rządzącymi, transgresji krawędziowej. W ciągu 3 sekund rzeczywistego czasu
mózgowego dokonuje przechodzenie koherencji w dekoherencje, czyli analiza
złożonego jednolitego obrazu i zredukowała go do poszczególnego detalu. W
równie błyskawiczny sposób dokonuje się generacja wirtualnej mądrości z
pojedynczych faktów i konkretnych obiektów. Oprócz mózgowych stacji
nadawczo-odbiorczych według S. Groffa[21]
komunikacja mózgowa odbywać się może poza mózgiem. Hipotetyczne właściwości
przenoszenia myśli ludzkiej za pomocą transmisji solitonowej przedstawiam w
pracy „Dusza mózgu”[22].
Również „inseminacyjny” – nie lingwistyczny – sposób przekazu myśli pojęciowej
i symbolicznej całego doświadczenia ludzkości sugerował C. G. Jung w postaci
nieświadomości zbiorowej, czyli podświadomości i archetypów. E. Fromm
krytykował poglądy Junga o nieświadomym dziedzictwie, które oprócz drogi
genetycznej, indywidualnej, ma funkcjonować w globalnym systemie łączności
rozciągniętym między Uranosem a Gają[23].
Zachęcony lekturą Jana Pawła II „Różaniec Matki Boskiej”[24],
a zwłaszcza fragmentem 21. „Tajemnica światła”, postanowiłem zastanowić się nad
laickim sensem tego przesłania. Oczywiście zza kulis egzystencjalnych zdań
modlitwy wychyla się poetycka osobowość Wielkiego Papieża i Filozofa. Koncepcję
krawędzi omówiłem w poprzednim rozdziale. Eteryczne światło świadomości, którym
interesuję się w całej swojej działalności, stanowi najbogatszą i
najrozleglejszą rzeczywistość o bezkresnych horyzontach topiących się w
otchłaniach tajemnicy. Fizycznymi aspektami światła nauka zajmuje się przez
pięć wieków. Biologia światła została niezwykle kompetentnie opracowana przez
F. A. Poppa[25].
Neuropsychologicznym podstawom światła świadomości poświęciłem całą moją
karierę lekarską. Świadomość funkcjonująca w mózgu okazała się spójnym
związkiem wielu nieenergetycznych ani nietermicznych składników:
niskopoziomowego oświetlenia (low level luminisity) o różnym zasięgu
oraz promieniowania fotonowego (bozonowego) i elektronowego (fermionowego). Na
owe fizyczno-biologiczne podstawy nałożyła się świadomość synkretycznego
cybernetyzmu, pochodzenia psycho-socjologicznego. Sporo materiału
obserwacyjnego oraz ostatnie przemyślenia przedstawiłem w swojej książce
„Świadomość: lokalizacjonizm a globalizm”[26].
Pomimo to, ustawiając się w długiej kolejce ludzi zajmujących się światłem
świadomości, odczuwam ciągle wielki niedosyt, a nawet głód. Ze względu na
trudną do zdefiniowania wirtualność i koherencję tego przeżycia nazwijmy go
„głodem prawdy”.
To poczucie głodu
złagodził w znacznym stopniu papież Jan Paweł II, bo okazuje się, że sama
najjaśniejsza światłość zawiera w sobie enklawy ciemności, czyli autentyczne
tajemnice światła. Tu sam tytuł „Tajemnica światła” legitymuje autentyzm
niezwykłej sytuacji. Zwykle myślimy, znarowieni technicznymi nawykami, że
historia światła kończy się, gdy wyłączymy żarówkę z sieci oświetleniowej.
Raczej dopiero się zaczyna. Także z nastaniem ciemności, brak światła
słonecznego nie pozostawia za sobą nicości ani pustki. Sen – brat nocy
sprowadza odmienną organizację pracy mózgu, której wynikiem są marzenia usuwane
w cień niepamięci lub solipsystyczne zwijanie egzystencyjnych obrazów otoczenia
zewnętrznego. Ciemności nocy budzą upiory – mieszkańców rzeczywistości
wirtualnej, czyli świat tajemnic i baśni. Co robiliby poeci, gdyby przyszło im
nieustannie przebywać w oślepiającej kąpieli światła słonecznego? Posłuchajcie
„Opowieści aojda” Józefa Janczewskiego[27],
a dowiecie się, jak „Hemerę – światło dnia – zmienia Ereb – brat nocy w
najciemniejszy mrok podziemia; jak Styks roztacza wokół noc, milkną erynie,
mojry i harpie, wtedy Kora – córka nocy wsłuchuje się w okaleczone Echo”. W
życiu często się zdarza, że można bardzo wytężać słuch, skupiać wzrok i niczego
nie wyłowić, ani jednej pożytecznej myśli. Bo wcześniej trzeba spełnić jeden
podstawowy, kolosalnie ważny, typowo humanogenny warunek: odnaleźć klucz do „mądrości”
przekazywanej w sposób werbalny, lingwistyczny. W teorii informacji w technice
oznacza to, że trzeba posługiwać się kodem, umową uprzednio zawartą między
oboma układającymi się stronami. W celu zrozumienia przytoczonego wiersza
należy wcześniej poznać konwencję mitologii greckiej i wtedy sens relacji staje
się jaśniejszy, bardziej czytelny. Dla większego „pożytku” z czytanej poezji, w
której nie funkcjonują sformalizowane, jednoznaczne kody, które precyzyjnie
dopasowywały słowa do symbolu, nieodzownym staje się poznanie atmosfery, w
której poeci produkują swoje wiersze. Zawsze bowiem rzeczywistość wpycha się w
stanzę wiersza „drzwiami i oknami”. Za każdym poetyckim wytworem musi stać
wirtualne tło, skoro nawet każdy program informatyczny – mechanizmem naturalnej
empatii – musi być podparty, „podbudowany” w sposób hermeneutyczny, wirtualną
wyobraźnią. Za każdym razem możemy domyślić się, czy znaki informatyczne
dotyczą buraków pastewnych, czy konstelacji gwiazd, czy dystrakcji uwagi czy
poruszeń serca. Instytucja kodów wypracowana przez fizyków i techników może być
modyfikowana, rozmywana lub nawet niwelowana przez życie. Wielokrotnie kody nie
mają za zadanie przekazywać informacji, ale coś wręcz przeciwnego: ich
utajnienie. Wtedy stosuje się podwójny kod, czyli szyfr. Wroga należy
wprowadzać w błąd. We względnie izolowanych, zamkniętych środowiskach wiejskich
nikt nie posługuje się nazwiskami, administracyjnie poprawnymi, ale
przezwiskami. W mojej wsi - Bronowicach Małych - nazwisko Trąbka, było wieloznaczne,
listonosze mięli kłopot, bo nie mogli zgadnąć, do których z czterech, nie
spokrewnionych z sobą Trąbków przekaz należy.
W czasach Chrystusa Pana był w użyciu kod zrozumiały tylko dla
nielicznego grona wtajemniczonych tzw. „peszerem”. Przypuszczam, że B.
Thiering[28] musiała się
posługiwać jedną z wersji kodu. Przy braku reguł kodowania powstał życiorys
Jezusa, całkiem różniący się od wersji Ewangelicznej. Aby nie zburzyć sobie
obrazu Chrystusa - Dobrego Pasterza z Ewangelii, trzeba oprzeć się na intuicji,
która w oparciu o przyrodzone wartości potrafi sięgnąć do autentyzmu i prawdy.
Jako człowiek wierzący, który przyległ do Rzeczywistości Boskiej, przekonałem
się na drodze doświadczenia, który tekst należy istotnie do Jezusa Chrystusa,
choć dotarł do obecnych czasów tylko drogą pośrednią. Ja posługuję się
dodatkowo hipotezą S. Weil. Mam wrażenie, że treści językowe mogą być
przekazywane bezpośrednio, bez implikowania hipotezy kodu. Po prostu nie ma
dwóch „Wysokich umawiających się stron" i wtedy „nagie” słowo, bez kodu,
bez żadnej hipotezy wspierającej, może działać. Do słów, które nie wymagają
żadnego tłumaczenia ani podtekstu, należy: istota Boga, miłość, sprawiedliwość,
prawda. Faryzeusze różnili się od saduceuszów tym, że zbyt dosłownie tłumaczyli
proroctwa i księgi Starego Testamentu. Saduceusze, do których podobnoć należał
Jezus Chrystus, jako kapłan, przywódca Narodu Wybranego, zgodnie z atmosferą
współcześnie panującą, na przekazy świętych Ksiąg Prawa patrzył „rozumniej”,
bardziej przez mgiełkę aluzji czy metafory. Dlatego właśnie po wsze czasy
Ewangelia nie straci swej świeżości i autentyczności. Mam nadzieję, że chyba
Duch Święty zadbał o to, aby pojęcia i słowa oddawały sedno pierwotnej,
globalistycznej mądrości wypełniającej Kosmos., a szczególnie przestrzeń i sieć
łączności między Uranosem a Gają oraz przestrzeń między umysłem a sercem
człowieka. Gdyby kod zatracił się, to wersety Ewangelii nie byłyby „strawne” i
do dziś dnia nie rozszyfrowane, jak pisma etruskie, którym los nie zezwolił,
aby podzieliły los hieroglifów egipskich. Ciekawy przyczynek do sprawy kodów
stanowi Epopeja Chińska, która może być czytana przy pomocy pisma o różnej
ilości znaków - w zależności od „uczoności czytelniczej”. Używać można 600 lub
3000 chińskich liter i nie stracić znaczenia. Im większą ilością znaków
czytelnik się posługuje, tym tekst nabiera głębszego znaczenia. Z obawą, a
nawet „wielkookim” strachem ośmielam się wspomnieć o dzisiejszej orgii kłamstw
i przewrotności współczesnych środków propagandowych, które posługują się
całymi pękami kodów, że aż gubią się ich podstępni twórcy. Nie sposób, aby
dzięki ich zastosowaniu, przeciętnemu „alfabecie” nie zrobić zamętu w głowie.
Na pocieszenie światu ogłaszam, że żadne metody obrazowania mózgu, nawet
najbardziej wyrafinowane, nie wykryły w mózgu żadnych map, żadnych
wyselekcjonowanych grup neuronów, które mogłyby odpowiadać instytucji kodów.
Kody to egzystencjalny, antropocentryczny, pożyteczny wymysł, a jednocześnie
obłudny fałsz. Niemniej cały zakres problematyki kodowania współistniejący z
autentyczną „awersją” do grzesznego i pokrętnego przedstawienia i awersem
istoty rzeczy, stanowi źródło piękna i kopalnię pożytków z humanistycznej
twórczości wszystkich odmian, literatury i sztuki, czyli kultury i cywilizacji.
Światło
ma swoje tajemnice pełne ukrytych bogactw, co prawda niewidocznych, ale
przecież bytujących i dyskretnie interweniujących w porządek rzeczy. Zdolności
koherencyjne światła są naturalną tendencją do tworzenia związków i realizacji
wzajemnego pokrewieństwa w przyrodzie. Spójności przeciwstawia się dyfuzja.
Przedmioty istnieją dzięki równowadze między koherencją a dyfuzją. Promień lub
fala światła to obiekt nie tylko fizyczny, energetyczno-termiczny, ale także
nośnik znaczenia biologicznego, pól morfogenetycznych i tropizmów,
sprawiających wrażenie cudowności. Wydaje się, że właśnie sklejanie ze sobą
różnych przedmiotów, świadczy o jakiejś ukrytej wewnętrznej sile tego
pokrewieństwa. Można jedynie dziwić się, że do dzisiejszego dnia tendencje
kondensacyjne nie doprowadziły do podejrzewanego słusznie „Wielkiego Skurczu”
(Big Crunch), który groziłby zgnieceniem wszechświata do punktowych rozmiarów.
Są naukowcy, którzy twierdzą, że właśnie świadomość powstała jako środek
zabezpieczający kosmos przed zagładą, czyli punktem nihilacji. Podobnie cala
twórczość naukowo-kulturowa miałaby być ubocznym produktem ścierania się
potężnych tendencji koherencyjno-dyfuzyjnych. W sukurs owym rozważaniom
przychodzi myślenie matematyczne o Wielkim Wybuchu (Big Bang), którego
pochodną naukową staje się równanie dynamicznej odwracalnej dyfuzji
Bobuli-Fouriera[29].
Tłumaczenie to niestety, nie znosi poczucia tajemnicy świata, ale chroni
jedynie przed magią i okultyzmem. Nawet najświeższej daty enuncja
kosmogoniczna, która wymienia jeszcze wiele faz pośrednich i uzupełniających
Wielki W'ybuch: jak materia ciemna, zimna, konspirująca 80% kosmosu; jak
promieniowanie reliktowe, będące „skamieliną” po najwcześniejszej fazie
ewolucji wszechświata - nie zmniejszają stopnia tajemniczości, ale go raczej
potęgują. Ponadto rodzą smutek i frustracje. Tyle wieków naukowego wysiłku
sprawia złudne wrażenie, że jesteśmy już u kresu drogi i że w świetle
świadomości rozpłyną się wszystkie niewiadome, a tu okazuje się, że w ciemną
noc stawiamy dopiero wstępne kroki na skraju pustyni ignorancji.
Tajemnica ma w dorobku umysłowym człowieka swój odrębny pozytywny, aczkolwiek dziwny status. Najprościej byłoby założyć, że natura stwarza bariery kodowe celem zabezpieczenia się przed pragmatyzmem i uzurpowaną dominacją ludzi. Wobec tego, wszelka pozorna wrogość natury wobec człowieka byłaby usprawiedliwiona. Ale tego rodzaju antropocentryczna iluzja, czyli intelektualna fuszerka polegająca na przenoszeniu negatywnych cech ludzkich na przyrodę i zewnętrzne otoczenie, to humanistyczna metafizyka i fatamorgana. To nie natura strzeże zazdrośnie swego bogactwa, nie natura w swojej zachłanności i w ramach swej przekory, spuszcza zasłonę tajemniczości na swoje mateczniki i ostoje. To sam człowiek ze swą niewydolnością zmysłowa, krocząc po spirali poznawczej nie może pojąć, ze wszystko musi podlegać nieprzerwanie prawu dyfuzji-dekoherencji, rodzącej egzystencję z jednej strony, a z drugiej - przyrodzoną tendencję do spójności, wirtualności i konsolidacji. Respektowanie obydwóch uzupełniających się choć przeciwnych wektorów przejawia się w obiektywnym synkretyzmie i decyduje o postępie.
Jestem w pełni świadom, że tytuł
rozdziału brzmi zbyt pretensjonalnie, że raczej chodzić tu będzie o zdobycie
przyczółków, o przyczynki, o przymiarkę do teorii, a nie gotowy system. Nie
dlatego, żeby intelektualna aura chaosu nie pasowała do teorii. Bo w istocie
chaos rzeczy o całe niebo przerasta kompetencję teorii poezji, dostarczając
poetom prawie wszystkiego: wyobraźni, „mechanizmów przetwarzających”, materiału
wyobrażeniowego, a nawet natchnienia. Nieadekwatności tytułu dopatruję się w
mojej niewydolności: skąd medyk przychodzi do tego, że zabiera głos w tak w
poważnym i specyficznym temacie. Wprawdzie trafiają się lekarze, którzy piszą
wiersze. Ale ja jestem jedynie wielkim amatorem wierszy i przyjacielem poetów,
którzy mi imponują swoimi umiejętnościami i uprawianiem sztuki. Ich to namowom
uległem, gdy pisałem kilkakrotnie o neurofizjologicznych podstawach poezji[30]
i gdy uczestniczyłem w ich zebraniach i dysputach. Nie od rzeczy będzie
wzmianka, że zostało napisanych kilka wierszy mnie poświęconych (W. Tulibacki,
A. Wiercioch, J. Janecki).
Każda teoria, choćby najogólniejsza,
musi zawierać opis źródła i warunków choatycznej emergencji poetyckiej oraz
uwzględniać rolę i udział człowieka w powstawaniu poezji. Ery prechaotycznej –
de facto – nie notowano nigdy w dziejach wszechświata. Natomiast chaos był i
będzie do końca świata. Jakkolwiek dopiero ostatnio uniwersalna funkcja
globalnego chaosu, choć z wielkimi oporami, przenika do świadomości człowieka.
Tak już utarło się w mentalności ludzkiej, że na największe dary natury jak
powietrze, woda i słońce zwraca się najmniej uwagi. Obecnie także wobec chaosu
przechodzi się prawie obojętnie.
Pod naporem zmysłów doszukiwano się inspiracji twórczej wyłącznie w otoczeniu zewnętrznym. Kartezjanizm święcił tryumfy. Pierwszego wyłomu w ideologii wiernego kopiowania i niewolniczego oraz powierzchownego naśladownictwa warunków zewnętrznych, dokonał E. Kant, który punkt ciężkości z sensualizmu przeniósł na transcendencje, w trakcie której znaczenia tkwiące w psychice „przeskakiwały” na bodźce zewnętrzne i je uzupełniały. Percepcja świata, której pierwszymi udziałowcami stawali się poeci, musiała się więc zawsze składać z elementów egzogennych, wzbogaconych endogennymi w różnych proporcjach w zależności od sytuacji.
Ciekawych
przyczynków do wyjątkowo nieostrego problemu odbioru otoczenia, a nawet przykładów
całkowitego nie oglądania się na wpływy zewnętrzne, dostarczyli wybitni
przedstawiciele filozofii idealistycznej: E. Kant i E. Husserl. Niewątpliwie to
stanowisko ugruntowało ich idealizm, aby uporać się z ogromną masą aferentacji,
tonącej w podświadomości. E. Kant sugerował, że apercepcja to ukryte jedno z
trzech podstawowych źródeł poznania, obok projekcji zmysłowej otoczenia i
wyobraźni. Apercepcja, czyli ślepa, ale niezbywalna funkcja duszy, to radykalne
odcięcie się od odbioru bodźców świata zewnętrznego, brzmi to paradoksalnie, a
nawet prowokacyjnie wobec nadal obowiązującej refleksologii marzyciela na jawie
i generatora zwątpień R. Descartesa. Przypuszczam, że „apercepcję” trzeba
rozumieć raczej jako fobię Kanta przed zmianami zakłócającymi tok myślenia.
Myślenia, trzeba przyznać, wszechogarniającego. Nie ma czemu się dziwić, skoro
Kantowi przeszkadzało rosnące za oknem drzewo. Tu nadarza się okazja, aby
wytłumaczyć, dlaczego podejście E. Kanta nazywa się często „chryzypicznym”.
Chryzyp był późno-greckim filozofem, który napisał siedemset rozpraw i podobno
wiedział o świecie wszystko; nie musiał się więc ani liczyć, ani spodziewać się
przypływu nowych wiadomości. To upodabnia – jak mniemam – E. Kanta do Chryzypa.
W systemie filozoficznym E. Kanta nie ma wzmianki o języku, którego unikał.
Mało używał języka, bo po prostu nie było o czym mówić. Wobec poetów E. Kant
musiał odczuwać niebagatelną rozterkę, skoro z każdym pytaniem uciekał się do
gwiazd. Autorem podobnych samoobserwacji był E. Husserl, który na określenie
autentycznego stanu deprywacji sensorycznej używał swoistego terminu epoche,
znaczącego, w przybliżeniu „zatrzymanie”, „pauza” w rzutowaniu się na
wewnętrzny ekran psychiki zdarzeń rozgrywających się na scenie teatru świata.
Obaj filozofowie preferowali, jak przystało na rasowych idealistów, świat idei
platońskich, czyli woleli bardziej „grzebać się” w swoich wewnętrznościach, niż
liczyć się z realiami zewnętrznymi i świadectwem zmysłów. Wspomniana tu
okoliczność powinna zbliżać idealizm do poetów, choć sytuacja wygląda tylko tak
na pozór.
Zdroworozsądkową równowagę percepcyjną
między komponentami wygenerowanymi przez zdarzenia zewnętrzne a oglądem
wewnętrznym (Anschaung Kanta) wprowadził J. W. Goethe instalując
funkcjonowanie duchowo-zmysłowego odbioru świata, godząc tym sposobem R.
Descartesa z E. Kantem. Nic dziwnego; sam był genialnym poetą, dlatego swoją
umiarkowaną teorię stworzył na swój własny użytek. Żaden poeta nie może wyrzec
się ani wschodów i zachodów słońca, śpiewu ptaków, szumu strumyków, ani też
relacji o przeżywaniu miłości, sprawiedliwości i dobra. Także problem Boga nie
powinien znaleźć się poza burtą rozkołysanego, poetyckiego statku. Od odkrycia
„Cierpień Wertera” poezja stopniowo wyzwala się spod dominacji Kantowskich
rozumów; czystego i praktycznego, a w psychice coraz więcej miejsca zajmują:
emocje i intencjonalizm[31].
Pierwsze dowody neurofarmakologiczne, wskazujące na zespół jąder migdałowatych
jako na struktury generujące napięcia intencjonalne oraz integrujące emocjonalne
mechanizmy mózgu, pochodzą z roku 1968[32].
Ponadto, tak jak ptak bez skrzydeł, tak samo nie mogłaby zaistnieć poezja bez
wyobraźni, której ostatnio poświęca się wiele uwagi[33].
Myślenie o poezji radykalnie zmieniło się z uznaniem koncepcji chaotycznej. Nie tylko bowiem zmalała rola prymitywnie traktowanego środowiska zewnętrznego, jako jedynego źródła natchnienia poetyckiego, ale nawet sam poeta jako twórca i autor wyposażony został nowymi własnościami: spontanicznością i autonomiczną wolnością. Wszyscy „konsumenci” poezji, jako najbardziej misternego, a równocześnie najwytworniejszego środka wyrazu, zgodnie podkreślają, że wiersze to najbardziej „nieinwazyjna i ekologiczna” manifestacja swobody ducha w zdobywaniu natury. Poeta w swej nieskrępowanej wolności może wszystkiego dokonać „bez rozlewu krwi i gorzkich łez”. Oczywiście także i nie bez wzruszeń. Jak również nie bez demoralizacji, gdy rumaki poezji zaprzęga się do powozu nędznej zdrady sprzedajnej Melpomeny.
Obecny
chaotyczny światopogląd opiera się na wiedzy gnozyjnej, której nie należy mylić
z gnozeologią T. Kotarbińskiego[34].
Gnozy również nie powinno się automatycznie łączyć z uprzedzeniami religijnymi,
wczesno-chrześcijańskimi, bo tu chodzi przede wszystkim o formalne aspekty
procesu poznawczego, a nie o stronę merytoryczną. Namysł gnozyjny –
hermeneutyczna deliberacja gnozyjno-chaotyczna doskonale harmonizuje z
filozofią procesową A. N. Whiteheada, która całe bogactwo możliwości natury
zwraca człowiekowi, a szczególnie poetom. Oprócz domeny egzystencjalnej
przynależnej Chronosowi, oddaje ludziom esencjalny bezkres rządzony przez boga
Aiona; obok obiektywizmu przywraca należne miejsce subiektywizmowi, co oznacza,
że wirtualność, ontologia rzeczy możliwych, powinna być traktowana na równi z
aktualnościami i faktami egzystencyjnymi. Wygląda na to, że ów filozof odkrył i
odrestaurował drugą, dotąd nieprzydatną połowę rzeczywistości. Teza P. Daviesa
głoszącego, że wszechświat funkcjonuje jak umysł, czyli układ zdolny do
samoorganizacji i obserwacji samego siebie[35],
należy również do rzeczywistości wirtualnej in potentia. Między oboma
rodzajami rzeczywistości, rozdzielonymi właśnie krawędzią chaosu, dokonuje się
transcendencja dwukierunkowa. Krawędź to abstrakcyjna granica rozdzielająca
dwie dziedziny ducha, które powinny być respektowane przez poetów.
Jeden
kierunek od esencji, od koherencji do egzystencji, do dekoherencji obsługuje
„zorkiestrowana redukcja obiektywna” R. Penrose’a[36].
Celowo nie wprowadzam tu określenia „hipoteza metafizyczna” dla pomysłu wyżej
wspomnianych angielskich uczonych, ponieważ gdy odwróci się kierunek
transcendencji przedrostek ”meta” przestaje pasować. Gdy bowiem wyjdziemy od
dekoherencji, od egzystencji, po przekroczeniu krawędzi chaosu, wkroczymy w
dziedzinę wirtualnej koherencji, to owa hipoteza staje się prefizyczna.
Zarysowana powyżej koncepcja
cyklicznego lub spiralnego rozwoju wszechświata dzięki kolejnym
transcendencjom, dokonuje się na krawędzi chaosu pod szeroko pojętym
przyrodoznawczym kierunkiem K. Kłósaka i doznaje niesłychanie cennego i
niespodziewanego wsparcia ze strony matematyki i neurofizjologii. Matematyczny,
dynamiczny, dedukcyjny model wszechświata E. Bobuli, oparty na odwracalności
równania dyfuzyjnego Fouriera-Bobuli okazuje się kompatybilny z obrazem przedstawianej
powyżej spirali postępu powstającego dzięki wspinaniu się po kolejnych
krawędziach transcendencyjnych. E. Bobula przywrócił światu symetrię między
dwoma rzeczywistościami, rozdzielonymi krawędzią chaosu, dzięki wprowadzeniu
odwracalności oraz przeciwstawieniu się pojęciu nieskończoności za pomocą idei
dystrybucji, fragmentaryzacji i fraktalizacji Cantora. Model E. Bobuli
sprowadził na grunt realny właściwości operacyjno-manipulacyjne. W jednolitym,
niepodzielnym wszechświecie nie powstałyby warunki dla cybernetyzmu
synkretycznego[37] i ani przez
moment nie można by pomarzyć o paradygmatach maszyn matematycznych
rozwiązujących problemy naukowe i produkujących wyobraźnię[38].
Wsparcie neurofizjologii polegało na akceptacji globalistycznych związków semantycznych
rozpiętych między kosmosem a mózgiem i na odkryciu lokalnych połączeń w mózgu
za pośrednictwem kanalików tubulinowych, penetrujących cały narząd i organizm.
System solitonowy dysponuje stacjami nadawczo-odbiorczymi, które potrafią
nadawać przekazy do sfery poza-mózgowej wszechświata, odbierać stamtąd sygnały
i przenosić je do śródkomórkowych matryc genowych. Nie bez znaczenia okazał się
tu wpływ pól morfogenetycznych, transmitowanych za pośrednictwem kwanto-fali
światła i wpływających w polu kondensacji Bosego na kształt obiektów -giga
-mikro i makroskopowych. Neurofizjologia dostarczyła substratu dla
przedstawionych powyżej koncepcji, które w istocie rzeczy są wspornikami
duchowości współczesnej eksploatowanej przez wszystkich, głównie poetów. Kolumnada
intelektualnego gmachu została zbudowana na funda-mentalizmie, czyli na
fundamencie świadomości, będącej podsumowaniem zaledwie jednej dziesiątej tego,
co wąskim gardłem przepustowym percepcji dostaje się do organizmu z zewnątrz.
To tłumaczy rozłożenie akcentów większych na duchowości niż na sensualiźmie.
Odnośnie duchowości podkreślić należy nikły udział filozofii klasycznej w jej
formowaniu. Jedyny relikt, który w epoce chaosu naturalnego nie
zdezaktualizował się, to intencjonalizm, z realistycznego okresu twórczości B.
Russela. Intencja to psychiczny mechanizm spustowy, który uruchamia mechanizm
uwagi skupiający się na chwilowym pragnieniu i celu pojawiającym się w zarysie
na krawędzi chaosu w cichej mowie (a być może i nawet nie w zwerbalizowanej
formie). Też do zadań neurofizjologów należy dać odpowiedź na pytanie, co
dzieje się w mózgu z całą masą sygnałów docierających do człowieka.
Najprawdopodobniej ulokowane są w postaci świadomości grupowej,
transpersonalnej lub świadomości kosmicznej C. G. Junga w ramach
wszechzwiązkowego universum semanticum. Na to pytanie próbuje, na razie
dość nieskładnie, odpowiedzieć sztuka, a zwłaszcza poezja. Przybliżmy
psychoneurologiczną sytuację, która ma służyć jako tło dla poetów. Na podstawie
widoku mózgu oglądanego poprzez metaboliczne i funkcjonalne okna rezonansu
magnetycznego, dającego rzeczywisty obraz tego, co w sposób wymarzony
spodziewał się otrzymać Feyerabend od swego wyidealizowanego cerebro-endoskopu,
należy odnotować szereg stwierdzeń neurofizjologicznych potrzebnych do
zbudowania teorii poezji.
Na
rozrzuconych, niekoneksjonistycznych wyspach mózgu rodzi się świadomość, która
– dzięki masywnemu, równoległemu przetwarzaniu – może wszczepiać się w
nieanimowane obiekty, jak skała, drzewo czy gwiazdy, i tak być bezpośrednio
odczuwana jako przeżycie. To ważna sugestia dla poetów, że w oczekiwaniu na
natchnienia poranków i zachodów słońca mogą przeżywać świadomość – ową „świętą
jakość” związków między biologicznymi i nieożywionymi składnikami przyrody w postaci
bytów (entities). Poezja nadaje spoistości – koherencji luźnym,
rodzajowo odległym elementom przyszłego związku. Owa umiejętność eksploatowana
przez poetów nie wymaga technologii ani urządzeń sieciowych, ani kanałów
komunikacyjnych, ani nawet kodów, ale dyssypatywnej dystrybucji energii
twórczej w postaci atraktorów czy repilerów. Nieskończony chaos byłby nie
operatywny, dlatego musi być rozdystrybuowany przy pomocy krawędzi, czyli
podzielony na apartamenty.
Układ
umysł-mózg nie byłby w stanie połknąć całości, dlatego rzeczywistość musi ulec procedurze fragmentaryzacji lub
fraktalizacji Cantora. Owe dystrybuanty, czyli atraktorowo-fraktalowe
chaotyczne obrazy, wcale nie muszą w konsekwencji pociągać za sobą parcelacji
istoty rzeczy. Piękną, ale niezbyt prawdziwą naukę znajdujemy w taoizmie, że
„liść nie pozna nigdy istoty całego drzewa”. Sensu owej zdroworozsądkowej
sentencji nie można przenosić na neurofizjologię, ani przetrawestować go na
analogię mózgową. W powyższej kwestii już zdążyły się wypowiedzieć wybitne
autorytety: S. W. Kuffer, J. G. Nichols, A. R. Martin, którzy spostrzegli, że
wszystkie neurony w mózgu są ze sobą powiązane, stanowią jakby jedność. Co
więcej: każdy pojedynczy neuron sprawia wrażenie jakby znał historię i
przyszłość całego narządu[39].
W konsekwencji sialolity W. Sedlaka, kwiatki na łące lub grupy
wyselekcjonowanych neuronów M. Edelmanna stają się w intelektualnych młynach
poety świadomymi fragmentami, z których może z kolei poprzez fuzję, jak
zlewanie się kropel wody, powstać nowa jakość.
Emergencja
bytów- jednostek (entities),
dysponujących znaczną siłą przebicia do egzystencji, pozwala na zespalanie – w
poetyckiej fantazji, na mocy licentia
poetica – komputacyjnych urządzeń z wehikułami statków kosmicznych i
talerzy UFO pod jednym dachem czaszki. W ramach racjonalności ów fantastyczny
sprzęt astronautyczny sugeruje wędrowanie po wszystkich zakątkach kosmosu,
badanie i odkrywanie ciemnej substancji i innych ukrytych, bo nie oświetlonych,
obiektów. Gnozyjny chaos, na skrzydłach literackiej fantastyki, schodzi aż na
samo dno rzeczywistości ukrytej. Ponadto czyni poetę zdolnym do „operowania
niemyślanymi”, czyli nieuświadomionymi myślami, tak jak w maszynach
rozwiązujących problemy lub wynurzających wyobraźnię. W maszynach S. Thalera w
obfitości tkwią myśli „nie myślane”, ale czekające na poetycką eksploatację,
ekstrapolację i interpolację. Czytajcie wiersze J. Janeckiego, który bez
ograniczeń generuje – jak automat, niemal automatycznie figury i symbole
poetyckie. Spróbujcie wejść „pełnię wieczoru”, kroczyć „drogą w siebie”,
pielęgnować „ogrody myśli” jak rzodkiewkę lub „wpisywać się w czas”. Ja wolę
myśleć, że non omnis moriar, ale nie
chcę kontynuować żywota automatu, czy robota, choć w modelu technicznym śmierć
wygląda o wiele bardziej sympatycznie niż w życiu. Śmierć w pojęciu technicznym
to rodzaj rekonstrukcji, czy rekombinacji, przy pomocy części zamiennych, czyli
ponownego połączenia się ze wszechświatem, jako wyspecjalizowaną siecią
semantyczną, odpowiedzialną za iluzoryczne kwalia i superkwalia. Nawet nie
będąc poetą uważam, że żadną perspektywą resuscytacji, protezowania nie należy
gardzić, ani przed niczym się nie zarzekać. Tak brzmi nowe przykazanie
pochodzące od poety. Das sagt Zaratustra.
* (łac.) To, co czyste, podoba się niebianom; przychodźcie czysto odziani i czystymi rękami czerpcie źródlaną wodę.
[1] Horgan J., Koniec nauki. [tłum.] M. Tempczyk, [wyd.] Prószyński i Ska, Warszawa, 1999.
[2] Trąbka J., Odwieczny chaos a tworzenie się świata. [wyd.] UJ, Kraków 2000.
[3] Lewin R., Complexity: Life
at the Edge of Chaos. [wyd.] Macmillan, New York, 1992.
[4] Waldrop M., Complexity: The
Emerging Science at the Edge of Order and Chaos. [wyd.] Simon and Schuster,
New York 1992.
[5] Merleau - Ponty M., The visible
and invisible. [wyd.] North Western Univ Press, Evanston 1968.
[6]
Packard N., Langton E. [cyt za] Horgan J., Koniec
nauki. [tłum.] M. Tempczyk, [wyd.] Prószyński i Ska, Warszawa, 1999, str.
245.
[7] Kłósak K., Z teorii i metodologii filozofii przyrody. Księgarnia św. Wojciecha, Poznań 1980.
[8] Whitehead A. N., Science and the Modern World. [wyd.]
Macmillan, New York 1926.
[9] Deleuze G., Difference and Repetition. [wyd.] Columbia University Press, New
York 1994.
[10] Trąbka J., Cybernetyzm synkretyczny (fragmenty). [wyd.] Abrys, Kraków 2003.
[11] Penrose R., Shadows of the Mind; A search for the missing science of Consciousness.
[wyd.] Oxford Univ. Press 1994.
[12] Gressetete R., [cyt. za] Kuksewicz Z.: Zarys filozofii średniowiecznej. [wyd.] PWN, Warszawa 1975, str. 81.
[13] Bacon R., [cyt. za] Kuksewicz Z. – ibidem.
[14] Jung C. G., Archetypy i symbole. Pisma wybrane. [wyd.] PWN, Warszawa 1976.
[15] Sheldrake R., A New Science of
Life: The Hypothesis of Morphic Resonance. [wyd.] Park Street Press,
Rochester, Vermont, 1995.
[16] Bobula E., Istnienie i poznanie. Biblioteka Końca Wieku, 2001.
[17] Kłósak K., Z teorii i metodologii filozofii przyrody. Księgarnia św. Wojciecha, Poznań 1980.
[18] Trąbka J., Przyrodoznawstwo K. Kłósaka jako zapowiedź rewolucji biologicznej. Materiały konferencji poświęconej K. Kłósakowi. Uniwersytet S. Wyszyńskiego. Warszawa 2002 (prace wysłano do druku).
[19] Heidegger M., The question concerning technology. [wyd.] Harper and Row, New
York 1977
[20] Poppel E., Granice świadomości. [tłum] Tauszyńska, [wyd.] PIW, Warszawa 1989.
[21] Groff S., Poza mózg. Narodziny, śmierć, transcendencja w psychoterapii. [tłum.] Szewczyk I., [wyd.] A, Kraków 1999.
[22] Trąbka J., Dusza Mózgu. [wyd.] WAM, Kraków, 2000.
[23] Fromm E., [cyt. za] Korpikiewicz H., Wolność, nieświadomość i prawa fizyki. Pisma Filozoficzne. UAM, Poznań 2000.
[24]
Jan Paweł II, Różaniec Najświętszej Marii Panny.
[25] Popp A. P., Biologia światła. [tłum.] J. Kuryłowicz, Warszawa, 1992, 147 – 149.
[26] Trąbka J., Świadomość: lokalizacjonizm a globalizm. [wyd.] UJ, 2001.
[27] Janczewski J., W samotności łowię głosy. [wyd.] Abrys, Kraków 2000.
[28] Thiering B., Jezus Mężczyzną [Jezus the Man]. [tłum] Markiewicz J., [wyd.] Al. fine, Warszawa 1995.
[29] Bobula E., Układ dyfuzyjno-dynamiczny jako dedukowane uniwersum materialne. Biblioteka Końca Wieku, wyd. Stowarzyszenie Twórcze Artystyczno-Literackie w Krakowie, Kraków 2002
[30] Trąbka J., Poezja ekologiczna w przekładzie na
neurobiologię. Miesięcznik Poświęcony Kulturze. Suplement. Kraków 2001, nr.
90-91; s. 12-16.
-
Matematyka o poetyckiej
fakturze. [wyd.]
Abrys, Biblioteka Końca Wieku, Pismo filozoficzno-artystyczne, Kraków 2001/2,
s. 63-66.
- Neuropsychologiczne podstawy poezji ekologicznej Miesięcznik Poświęcony Kulturze. Suplement. Kraków 2002, nr. 92; s. 13-16.
[31]Le Doux J., Mózg emocjonalny. [tłum.] Jankowski A.,
[wyd.] Media Rodzina, Poznań 2000; 85—264.
Goleman D., Inteligencja emocjonalna. [tłum.] Jankowski A., [wyd.] Media Rodzina, Poznań 1997; 63—310.
[32] Hano J., Trąbka J., Sierosławska
J., Neuropharmacological properties of
some substituted gamma – butyrolactones. Archivum Immunologiae et Therapiae Experimentalis,
1968, 16, 137-154.
[33]
Trąbka J., Wyobraźnia. Abrys, Kraków 2001.
- Panorama wyobraźni. [w] Liberkowski R., Wilowski W., O wyobraźni. [wyd.] Wydawnictwo Naukowe Instytutu Filozofii WAM, Poznań 2003; s. 135-142.
[34] Kotarbiński T., Gnoseology: The Scientific Approach to the Theory of Knowledge. [tłum.] Olgierd Wojtasiewicz, (Elementy teorii poznania. Logika formalna i metodologia nauk.) 1929; 1961.
[35] Davies P., Bóg i nowa fizyka.[tłum.] Amsterdamski P. [wyd.] Cyklady, Warszawa 1996; s. 263.
[36] Penrose R., Makroświat, mikroświat i ludźki umysł. [tłum.] Amsterdamski P., [wyd.] Prószyński i s-ka, Warszawa 1997.
[37] Trąbka J., Cybernetyzm synkretyczny (fragmenty). [wyd.] Abrys, Kraków 2003.
[38] Thaler S. L., The Fragmentation of the Universe and the
Devolution of Consciousness. Imagination Engines, Inc., 1996,
(http://www.imagination-engines.com/devolution/devo.htm)
[39] Kuffler S. W., Nichols J. G.,
Martin A. R.: From neuron to Brain.
Sinauer Association Inc., Sunderland Mass 1984, 489.