
Kilkanaście lat temu, w 1986 roku, na Kalifornijskiej plaży Baker Beach dwudziestu dziwaków pod wodzą niejakiego Larry’ego Harveya zorganizowało happening pt. „Burning Man”. W atmosferze radosnej zabawy spalono zbudowaną uprzednio przedstawiającą człowieka kilkumetrową figurę i pewnie nikt wówczas nie sądził, że „Burning Man” urośnie wkrótce do wydarzenia o skali nieporównywalnej chyba z żadną inną tego rodzaju imprezą. Po kilku latach kalifornijska plaża okazała się za mała, by pomieścić wszystkich chętnych wraz z ich pomysłami i „Burning Man” przeniósł się na bezkresne pustynie Nevady. W 1999 roku padł kolejny rekord: na Black Rock Desert powstało na siedem dni miasto liczące ponad 23 tys. mieszkańców - uczestników wspólnych zabaw. Piąte co do wielkości „miasto” Nevady!
![]()
Czym stał się „Burning Man” nie wie chyba nikt, organizatorów nie wyłączając. Dziennikarze i socjologowie prześcigają się w domysłach: „Odrodzenie subkultury hippisowskiej”, „Woodstock lat 90.”, „Powrót pogańskich obyczajów”, „Apokaliptyczna anarchistyczna impreza”... Jednak żadne z tych określeń nie oddaje ducha „Burning Man”. Choć bowiem wolno tam prawie wszystko, to nie ma anarchii. Choć panuje atmosfera powszechnej przyjaźni i swobody obyczajowej, to niewiele ma to wspólnego z hippisowskimi ideałami. Choć zdarzają się niewielkie rockowe koncerty i niektórzy potrafią się wymalować od stóp do głów błotem lub farbami, to na tym kończy się wszelkie podobieństwo do słynnego komercyjnego koncertu w Woodstock, który po prostu wymknął się organizatorom spod kontroli. Wreszcie, mimo że centralnym punktem programu jest spalenie kilkunastometrowej drewnianej figury, nic w tym z pogaństwa, żadnego związku z jakąkolwiek sektą religijną, a całe wydarzenie ma wyłącznie wymiar artystycznego happeningu.
![]()
Czym więc jest „Burning Man”? Nie sposób na to pytanie odpowiedzieć nie uczestnicząc w imprezie, nie mieszkając choć przez parę dni w Black Rock City. I tak postanowiliśmy, trochę z własnej ciekawości, trochę z reporterskiego zacięcia, spędzić kilka dni na środku pustyni, zmagając się z upałem w dzień i z chłodem nocy, przede wszystkim zaś bawiąc się wraz z innymi. Zresztą i tak nie ma tu żadnych ulg dla prasy: jeśli chcesz zrobić reportaż, jesteś mile widziany, ale prawa i przywileje masz dokładnie takie same jak wszyscy inni „obywatele” Black Rock City. A zatem po prostu musisz tu mieszkać i uczestniczyć w życiu miasta. W ten sposób, dzień po dniu uczysz się, jak żyje się w Black Rock City, co wolno, a co nie uchodzi, stajesz się uczestnikiem wspólnej zabawy... i dopiero teraz zaczynasz rozumieć po co to wszystko. Zaczynasz rozumieć, że nawet całkiem spora społeczność może żyć w powszechnej zgodzie (żadnych awantur!), może funkcjonować bez pieniędzy (dopuszczalna jest tylko wymiana towarów i usług) i że doskonałą zabawę można zapewnić sobie nawzajem, bez animatorów i organizatorów koncertów, dyskotek i przedstawień. Wszystko dzieje się z dobrej woli uczestników, nikt nikomu za nic nie płaci, a mimo to tych kilka dni to za mało, by skorzystać z wszystkich atrakcji, jakie oferują mieszkańcy miasta swoim współobywatelom. Jeśli pierwszego dnia przeżywasz lekki szok (to jednak jest szalona impreza!), to już drugiego zaczynasz się czuć jak ryba w wodzie, a trzeciego ze smutkiem myślisz, że już za parę dni będzie po wszystkim i twoje - teraz ulubione - miasto zniknie na rok z powierzchni ziemi. Ciesz się więc i baw póki czas, a jeśli masz zacięcie reporterskie, to zużywaj jeden film za drugim: może zachęcisz innych do wspólnej zabawy w przyszłym roku, a na pewno będziesz miał uroczą pamiątkę dla siebie.
![]()
Dla reportera to także po prostu nie lada gratka: tyle wokół się dzieje, ludzie niemal zawsze chętnie dają się fotografować, czasem poproszą co najwyżej o odbitkę. Organizatorzy, po wyjaśnieniu kilku bardzo podstawowych zasad współżycia w Black Rock City, dadzą ci do ręki mały pakiet informacyjny dla prasy i „przepustkę”, która wprawdzie nie upoważnia absolutnie do niczego, czego robić nie może każdy inny uczestnik zabawy, ale za to identyfikuje cię dla innych, pozwala, by to oni decydowali, czy chcą być obiektem fotografii, które być może znajdą się na łamach prasy, czy też nie. W czasie tych kilku dni, jakie spędziłem fotografując „Burning Man”, nie zdarzył się jednak ani jeden przypadek, by ktoś z uczestników zabaw nie wyraził zgody na fotografię. Wręcz przeciwnie: wielu chętnie pozowało, cierpliwie pozwalało się ustawiać w pustynnym słońcu i traktowało to jako dalszą cześć wspólnej zabawy. Tak też traktowałem ten reportaż i ja: przecież jedną z naczelnych zasad obowiązujących w Black Rock City jest: BAW SIĘ RAZEM Z NAMI!

* Wszystkie fotografie: Canon EOS 50E, obiektywy Canon EF 100/2.8 Macro i Canon EF 28-80 USM, filmy: Fuji Superia 100 i Fuji Superia 400.