Kompakt dla myślących

Sezon wakacyjno-urlopowy w pełni i miliony turystów i plażowiczów na całym świecie albo właśnie szykują swój sprzęt fotograficzny i kamery wideo, albo odbierają świeżo wywołane odbitki z zakładów usługowych. Dla tej ogromnej rzeszy aparat fotograficzny nie jest narzędziem pracy, a po prostu środkiem do utrwalenia miłych chwil w życiu. Dla nich wszystkich wymyślono hasło „Ty naciśnij spust migawki - my zrobimy resztę”. To przede wszystkim dla nich, a nie dla profesjonalistów pracuje cały przemysł fotograficzny świata. To nad ułatwieniem im życia pracują setki naukowców w laboratoriach największych koncernów fotograficznych. To dla nich wymyślono Polaroida, system 110, foto-disc, APS i aparaty kompaktowe. A wszystko po to, by fotografowało się jeszcze łatwiej, by jeszcze mniej trzeba było umieć, by... nie trzeba było myśleć. Czy aby na pewno? Otóż nie! Zwłaszcza od czasów, gdy „kompakty” stały się na tyle doskonałe, że zaczęli po nie sięgać także tzw. „zawansowani fotoamatorzy”, a nawet profesjonaliści - cóż to za komfort mieć aparat zawsze przy sobie! Aby jednak odnosić zeń korzyści, jakie daje współczesna technika, trzeba przestać traktować je z przymrużeniem oka i nauczyć się wykorzystywać wszystkie te doprawdy wspaniałe możliwości, jakie dają współczesne kompakty. Żartobliwie-pogardliwa nazwa aparatów kompaktowych - „idiot-cameras” - nie oddaje bowiem rzeczywistości właściwie. Owszem, można się nimi posługiwać bez żadnej znajomości fotografii i bez zastanowienia, ale skutek będzie na ogół równie opłakany, jak gdybyśmy zasiedli do fortepianu bez jakiejkolwiek znajomości muzyki i instrumentu. Dzięki znakomitej elektronice zostanie nam komplet jakichś fotek z wakacji, podobnie jak ślepe bębnienie po klawiaturze fortepianu dobędzie zeń jakieś dźwięki. Jedne i drugie zapewnią podobne doznania estetyczne. Tak jak trzeba nauczyć się choć parę drobiazgów, by na pianinie zagrać „Wlazł kotek na płotek...”, tak warto poświęcić parę chwil na zapoznanie się z możliwościami i - zwłaszcza! - ograniczeniami aparatu kompaktowego, by fotografie stały się czymś ponad mniej więcej poprawnie naświetlonymi klatkami filmu; a także by proporcję tych poprawnych klatek wydatnie zwiększyć. Wreszcie to, co najważniejsze: choćby kompakt był nie wiadomo jak doskonały, to nie on wybiera co i jak fotografujemy. Tak więc okazuje się, że odrobiny myślenia i nauki uniknąć się nie da... i chyba unikać nie warto. A najlepiej, jeśli tę naukę i myślenie rozpocznie się jeszcze przed zakupem aparatu. Dziś więc po pierwsze kilka porad dla tych, którzy albo dopiero planują ten zakup, albo zastanawiają się nad zmianą posiadanego sprzętu. Po drugie, będzie nieco o tym, jak posługiwać się „kompaktem”, by jak najwięcej zeń „wycisnąć”.

Zakupy

Nie zamierzam tu wdawać się w szczegółowy opis poszczególnych modeli, ani w roztrząsanie który z nich ma lepiej umieszczone pokrętła i guziczki, to wszystko zostało bowiem przedstawione w niedawnym specjalnym dodatku do FOTO, poświęconym właśnie aparatom kompaktowym. Chciałbym jedynie poddać pod rozwagę potencjalnych użytkowników kompaktów parę najistotniejszych moim zdaniem faktów, które obowiązkowo powinno się wziąć pod uwagę na etapie planowania zakupu:

1. Zoom czy obiektyw stałoogniskowy? Zoomy, czyli obiektywy o zmiennej ogniskowej, są wynalazkiem wspaniałym: przy pomocy jednego obiektywu możemy wykonać zarówno szerokie ujęcie uroczego ryneczku w zwiedzanym właśnie zabytkowym mieście, jak i portret naszej jeszcze bardziej uroczej towarzyszki podróży. Obiektyw stałoogniskowy to poważne ograniczenie: jeśli jest to obiektyw szerokokątny, posłuży dobrze do fotografowania szerokich planów, ale uchowaj Boże pokusić się o portret - nasza urocza przyjaciółka z pewnością nie wybaczy nam wielkiego nosa przypiętego do zbyt małej twarzy. Praktycznie wszystkie stałoogniskowe kompakty posiadają takie właśnie obiektywy: o ogniskowej w przedziale między 28 mm a 38 mm. Czy zatem decyzja jest prosta: kupujemy zooma? Ależ skąd - nic na tym świecie nie przychodzi za darmo. Kompakty z obiektywami o zmiennej ogniskowej są nie tylko droższe, ale po prostu... gorsze. To co najważniejsze, to fakt, że wszystkie zoomy w kompaktach są bardzo ciemne: przy ogniskowej rzędu 100 mm maksymalny otwór przysłony wynosi na ogół co najmniej ok. 9, a bywają i ciemniejsze. Powiedzmy sobie szczerze: zastosowanie tak ciemnego obiektywu jest umiarkowane. Mimo odpowiedniej ogniskowej, nienajlepiej nadaje się do portretu, bo mała jasność oznacza dużą głębię ostrości, a więc nie uda się uzyskać tak ważnego w portrecie ładnego rozmytego tła. Mała jasność będzie też oznaczała sporo zdjęć poruszonych, bo w wielu sytuacjach, aby zapewnić odpowiednie naświetlenie klatki, czas naświetlania będzie zbyt długi na wykonanie zdjęcia bez statywu; niestety większość kompaktów nie informuje o tym niebezpieczeństwie. Wreszcie po trzecie, zabawa z zoomem powoduje, że kompakt traci przynajmniej jedną ze swoich zalet: możliwość wykonywania błyskawicznych zdjęć sytuacyjnych, gdy nie ma czasu za zbyt długie rozmyślania i kadrowanie.

Jaka jest więc odpowiedź na postawione wyżej pytanie? Nie ma jednej. Przyciśnięty do muru powiedziałbym chyba tak: jeśli kompakt ma być naszym jedynym aparatem, jeśli nie przewidujemy fotografowania w trudnych warunkach oświetleniowych i ograniczymy się jedynie do zdjęć ze słonecznych plaż i stoków narciarskich, jeśli nie będziemy robić powiększeń większych niż 13´18, zainwestujmy w kompakt z zoomem. Warto jednak przyglądnąć się uważnie specyfikacjom, bo marnej jakości zoom da efekty, z których trudno będzie się później cieszyć. Jeśli jednak kompakt ma być tylko uzupełnieniem do lustrzanki, a kupujemy go po to, by zawsze mieć w kieszeni aparat gotowy do szybkich zdjęć i od którego oczekujemy wysokiej jakości fotografii, poprzestańmy na kompakcie z jedną ogniskową. Nadmiar gotówki zainwestujmy w aparat z wysokiej jakości jasnym obiektywem (do takich właśnie, a równocześnie niedrogich kompaktów, należy używany do wszystkich pokazanych tu fotografii Olympus Infinity Stylus Epic o znakomitym i wyjątkowo jasnym — F 2.8 — obiektywie).

2. Jakie funkcje dodatkowe? Nie wymyślono jeszcze takiego aparatu, który potrafiłby lepiej niż człowiek ocenić wszystkie sytuacje zdjęciowe. Nie skazujmy się więc na sprzęt, który nie pozwoli nam na absolutnie żadną ingerencję w dobór parametrów naświetlania. Wprawdzie popularne kompakty, zgodnie z filozofią ich twórców, dają nam bardzo ograniczone możliwości ingerencji, ale kilka z nich jest absolutnie niezbędnych: musimy mieć możliwość zarówno włączenia lampy błyskowej, gdy aparat sądzi, że jest ona zbędna, jak i wyłączenia, gdy aparat jest przekonany by jej użyć. Dobrze jest mieć możność włączenia opcji zmniejszającej efekt czerwonych oczu, bo w wypadku kompaktów, gdzie lampa błyskowa położona jest bardzo blisko osi optycznej obiektywu, jest on szczególnie uciążliwy. Popatrzmy też, czy aparat umożliwia forsowanie długich czasów naświetlania przy nocnych zdjęciach z lampą błyskową — tylko wówczas uda się bowiem uzyskać sensowne zrównoważenie naświetlenia bliższego i dalszego planu. Kolejna niezwykle użyteczna opcja to punktowy pomiar światła lub możliwość zablokowania pomiaru światła i przekadrowania przed wykonaniem zdjęcia. Ponieważ kompakty, za wyjątkiem tych najdroższych, adresowanych do profesjonalistów, z zasady nie dają możliwości wprowadzania poprawek naświetlenia, taka opcja jest po prostu niezbędna, aby uzyskać poprawnie naświetlone zdjęcia np. zimą na śniegu czy też latem na jasnej piaszczystej plaży.

3. A może wodoszczelny? Za niewielkie pieniądze, jakie większość z nas byłaby skłonna dać za aparat kompaktowy, nie uda się kupić prawdziwego aparatu do zdjęć podwodnych. Świat fotografii podwodnej jest naprawdę wymagający (patrz FOTO 6/99) i nie ma się co oszukiwać, że przy pomocy kompaktu uda się wykonać choćby poprawne zdjęcie podwodne. Na „podwodne kompakty” szkoda więc po prostu pieniędzy; już lepiej dla zabawy kupić za kilkadziesiąt złotych podwodną jednorazówkę. Warto natomiast rozglądnąć się za kompaktem z obudową odporną na kurz, piasek i deszcz. Wówczas, w sytuacji, gdy szkoda byłoby dobywać z torby fotograficznej lustrzankę za kilkadziesiąt tysięcy, zawsze będziemy mieli do dyspozycji kompakt.

Jak fotografować

Większość podstawowych problemów będzie się starał rozwiązać za nas sam aparat: te lepsze automatycznie ustawią ostrość, zadbają o poprawne naświetlenie klatki, włączą lampę błyskową, gdy będzie za ciemno i wreszcie przewiną film. Jednak nawet te najlepsze nie zawsze będą miały rację:

1. Lampa błyskowa. Najnowsze modele potrafią już nie tylko włączyć lampę, gdy jest po prostu za ciemno, ale także wówczas gdy odgadną, że robimy zdjęcie pod światło (należy doświetlić pozostający w głębokim cieniu główny obiekt zdjęcia), a nawet gdy światło ma złą temperaturę barwową (sic! - mój Olympus rozpoznaje światło jarzeniówek i nawet jeśli jest wystarczająco jasno, włącza lampę błyskową, by poprawić właśnie temperaturę barwową). Ludzki umysł jest jednak wciąż niedościgły. Pamiętajmy więc, że lampę błyskową często warto włączyć także wtedy, gdy aparat jest odmiennego zdania. Doskonałym przykładem są zdjęcia w słoneczny dzień, gdzie dzięki doświetleniu lampą można uniknąć zbyt głębokich cieni, a w oczach fotografowanej osoby uzyskać przyciągające wzrok „ogniki”. Często też trzeba lampę wyłączyć, mimo że aparat przekonuje nas o konieczności jej użycia. Przykładem mogą tu być fotografie dużych wnętrz, takich jak kawiarnie, muzea (tam zresztą i tak z reguły nie wolno używać flesza), kościoły itp. Pamiętajmy, że zasięg lampy wbudowanej do kompaktu to, w zależności od używanego filmu, zaledwie 3-8 m, a więc i tak nie uda się oświetlić fotografowanego pomieszczenia. Znacznie lepiej więc lampę wyłączyć, postawić aparat na statywie (a w jego braku na czymkolwiek stabilnym, np. na stole lub krześle), włączyć samowyzwalacz i poczekać aż aparat sam zrobi zdjęcie korzystając ze światła zastanego. Ten akapit można by na poły żartobliwie podsumować stwierdzeniem: „włącz lampę zawsze wówczas, gdy nie włączy się automatycznie; gdy się sama włączy, natychmiast ją wyłącz!”

2. Film. Pamiętajmy, że choć pod względem wyrafinowania technologicznego obecne kompakty wspięły się doprawdy na wyżyny, żaden system pomiaru światła nie jest doskonały; nawet te w najbardziej wyrafinowanych i najdroższych na świecie profesjonalnych lustrzankach dowolnego formatu. Profesjonaliści radzą sobie z tym problemem w ten sposób, że — korzystając ze swego wieloletniego doświadczenia, tudzież dodatkowych światłomierzy — wprowadzają poprawki do naświetlenia zaproponowanego przez aparat. W przypadku kompaktów na ogół takiej możliwości nie mamy. Trzeba więc w inny sposób zabezpieczyć się przed błędami naświetlenia. Najprostszą metodą jest fotografowanie na filmach negatywowych, które ze swej natury mają znacznie większą niż przeźrocza tolerancję na błędy naświetlenia i błędy te zawsze mogą być skorygowane w dość szerokich granicach w procesie produkcji odbitek. Szczególnie polecam filmy o czułości 400 ISO. Te współczesne mają rewelacyjnie drobne ziarno i znakomicie oddają kolory (wszystkie prezentowane zdjęcia zostały wykonane właśnie na filmach o takiej czułości). Przy dość ciemnych obiektywach kompaktów (zwłaszcza zmiennoogniskowych), film o dużej czułości zapewni większą proporcję zdjęć nieporuszonych, zaś najkrótsze czasy ekspozycji oferowane obecnie przez kompakty praktycznie gwarantują brak problemów z prześwietleniem nawet w bardzo jasny, słoneczny dzień na plaży.

3. Obiekt zdjęcia. Pamiętajmy, że kompakt to jednak nie aparat profesjonalny i nie uda się przy jego pomocy uzyskać wszystkich efektów, jakie daje sprzęt zawodowca (gdyby tak było, niewątpliwie wszyscy profesjonaliści już dawno posługiwaliby się wyłącznie kompaktami ze względu na ich poręczność i cenę). Tak więc, aby uniknąć rozczarowań, trzeba się tych ograniczeń nauczyć.

Jak już wspomniałem wcześniej, kompakty generalnie nie nadają się do portretów. Nie oznacza to jednak, że musimy całkowicie zrezygnować z uwieczniania naszych najbliższych — trzeba tylko wiedzieć, na co można sobie pozwolić. Zamiast więc silić się na portrety, które i tak nie wyjdą bo wyjść nie mogą, spróbujmy nieco szerszego planu. Nawet jeśli używamy aparatu o stałej ogniskowej i szerokim kącie widzenia, możemy uzyskać całkiem przyjemny tzw. „amerykański plan”, gdzie postać widać mniej więcej od połowy uda. Można pokusić nawet o zdjęcie nieco większej części postaci, powiedzmy połowy. Dopóki jednak nie chcemy celowo uzyskać efektów komicznych, strońmy od portretów!

Kompakty to zdecydowanie także nie aparaty do makrofotografii (nie bez powodu sam obiektyw makro do lustrzanki kosztuje co najmniej około 2000 zł). I tu jednak możemy uzyskać zaskakująco dobre rezultaty. Sztuka nie w tym, by zmusić aparat do tego, do czego zmusić się go nie da, lecz w tym, by tak dobrać obiekt zdjęcia, by sprawiał wrażenie makrofotografii — np. jak pokazane na zdjęciach obok wielkie kwiaty magnolii czy też owocująca opuncja. Jeśli zdjęcie robimy w słoneczny dzień, pamiętajmy by rozświetlić cienie lampą błyskową.

O fotografowaniu wnętrz wspomniałem już przy okazji omawiania posługiwania się lampą błyskową. Tu najważniejszym jest pamiętać, jaki jest zasięg lampy — a jest on bardzo niewielki. Zresztą żadna, nawet wielka profesjonalna lampa błyskowa nie jest w stanie oświetlić całego kościoła. Przy dużych wnętrzach zdajmy się zatem nie na lampę, ale na statyw. Zawsze warto mieć ze sobą w plecaku lub torbie choćby maleńki, lekki statyw — do kompaktu taki wystarczy. Jeśli nie mamy statywu, poszukajmy jakiegoś stabilnego podłoża: kościelnej ławki, stołu, kamienia, parapetu okna. Następnie ustawmy aparat i przy wyłączonej lampie włączmy samowyzwalacz. Dzięki samowyzwalaczowi unikniemy poruszenia aparatem w trakcie naświetlania zdjęcia, a wyłączenie lampy zapewni równomierne naświetlenie klatki, zgodne z tym, co widzimy w fotografowanym wnętrzu.

Zamiast podsumowania

Muszę się przyznać, że bardzo długo traktowałem kompakty z niejaką pogardą i byłem przekonany, że jeśli dodam cokolwiek do mojego sprzętu (fotografuję w ogromnej większości małoobrazkową lustrzanką, z rzadka w formacie 6x6), to będzie to zapewne coś z formatu średniego — 6x9, może 6x4.5. Stało się inaczej - wybierając się w długą podróż chciałem mieć ze sobą aparat, z którym nie będę rozstawał się w żadnej sytuacji. Po długich godzinach spędzonych nad katalogami podjąłem ostateczną decyzję: kupiłem najnowszą wówczas wersję Olympusa — Infinity Stylus Epic. Atuty, które zadecydowały o takim wyborze, to przede wszystkim doskonały jasny obiektyw, w zupełności wystarczające możliwości kontroli lampy błyskowej i możliwość punktowego pomiaru światła (tylko nieliczne lustrzanki mogą się tym poszczycić!). Nie bez znaczenia była też cena — tam, gdzie go kupowałem około 100 USD. Pierwszy testowy film przekonał mnie, że dokonałem dobrego wyboru: znajomi, w tym całkiem poważni fotoamatorzy, nie byli w stanie odróżnić odbitek z Olympusa od tych z Canona 50E. Od tej pory nie rozstaję się aparatem, dzięki czemu wreszcie skończył się problem: „Ależ byłoby zdjęcie... gdybym tylko miał przy sobie aparat!”. Gorąco polecam wszystkim „przygodę z kompaktem”; trzeba tylko trochę pomyśleć przed naciśnięciem spustu migawki.