
Wczesną wiosną nie ma przyjemniejszego miejsca niż ogród botaniczny. W górach topniejący śnieg i niebezpieczeństwo lawin, w dolinach głównie błoto, a w ogrodzie botanicznym – pełnia wiosny. Gdy w terenie trzeba się jeszcze sporo naszukać pierwszych kwitnących kwiatów, gdy na drzewach pojawiają się dopiero pierwsze liście, w środku miasta kwitną już setki roślin, a między kwiatami fruwają zbudzone ze snu zimowego motyle. Kolejna zaleta ogrodu botanicznego, to – dla tych szczęściarzy, w których mieście, podobnie jak w moim, takowy istnieje – jego bliskość. Wystarczy 2-3 godziny wolnego czasu, choćby w środku tygodnia, by nie opuszczając miejskich murów, uciec od hałasu i pośpiechu, nacieszyć oczy budzącą się przyrodą i... potrenować przed zbliżającym się „sezonem fotograficznym”. Z tym sezonem to oczywiście trochę żart: sezon fotograficzny trwa cały rok, jednak każda pora roku ma swoją specyfikę i warto przygotować się do tej, która właśnie nadchodzi. A ogród botaniczny daje po temu znakomite warunki. Jeśli jednak nie należycie do szczęśliwców mających ogród botaniczny w zasięgu spaceru, nie należy się poddawać: namiastkę zabawy może dać każdy przydomowy ogródek, czy choćby miejski skwer, gdzie posadzono kilka gatunków wiosennych kwiatów.
Ogród botaniczny to także doskonały poligon treningowy dla tych, którzy dopiero przymierzają się do podjęcia się trudów makrofotografii i czerpania z niej radości. Na niewielkiej powierzchni mamy do dyspozycji całą gamę kwiatów najrozmaitszych kolorów, od białych jak śnieg przebiśniegów i śnieżycy wiosennej, poprzez złoto-żółte kwiaty knieci błotnej i błękitne niezapominajki, aż po ciemne, fioletowo-purpurowe sasanki i niemal granatowe kwiaty niektórych goryczek. Taka rozmaitość daje niepowtarzalną okazję do wypróbowania na jednym filmie, w ciągu zaledwie paru godzin, rozmaitych kombinacji ekspozycji, poprawek, zdjęć w oświetleniu naturalnym i z lampą błyskową, a jeśli trafi się nam zmienna pogoda, to także porównania efektów fotografowania w pełnym słońcu i przy zachmurzonym niebie.
Na wyprawę do ogrodu nie potrzeba wielkiej rozmaitości obiektywów – w zupełności wystarczy jeden. Najwygodniej, jeśli będzie to specjalny obiektyw do makrofotografii. Te jednak sporo kosztują; po pierwsze dlatego, że wymagają szczególnej jakości optycznej, po drugie – bo nie są produkowane masowo. Cena dobrego obiektywu makro o ogniskowej ok. 100 mm i jasności ok. 2.8 uznanych firm fotograficznych (Canon, Nikon, Minolta, Zeiss) wynosi przeciętnie około 2500 – 3500 zł (patrz: FOTO 5/1998). Niewiele tańsze są obiektywy firm znanych między innymi z produkcji niedrogich, popularnych obiektywów dla mniej wymagających użytkowników (np. Tamron, Sigma, Vivitar, itp.), ale za to wiele z nich nie ustępuje jakością tym firmowym. Tańsze są obiektywy o krótszej ogniskowej (ok. 50 mm), ale tych nie warto kupować, bo bardzo mała odległość przedmiotowa przy znacznych odwzorowaniach (do jakich te obiektywy są przeznaczone) w zasadzie eliminuje ich użyteczność w fotografii przyrodniczej; chyba, że ograniczymy się wyłącznie do roślin. W zasadzie, im dłuższa ogniskowa tym lepiej, ponieważ to samo odwzorowanie można uzyskać z większej odległości. Niestety wraz ze wzrostem ogniskowej, obiektywy makro robią się nie tylko przeraźliwie drogie, ale też ciężkie. To pierwsze utrudnia usprawiedliwienie zakupu przed samym sobą (nie mówiąc już o współmałżonce(-ku)), to drugie – sprawne posługiwanie się sprzętem w terenie. Tak więc, na czas jakiś za rozwiązanie optymalne trzeba uznać „klasykę” makro, czyli właśnie obiektywy o ogniskowej ok. 100 mm.
Co robić, jeśli obiektywu makro nie mamy i nawet nie jesteśmy jeszcze pewni, czy makrofotografia będzie nas bawiła (gwarantuję, że będzie już po pierwszych paru godzinach spędzonych w ogrodzie botanicznym!)? Na dobry początek z powodzeniem wystarczy jedna nasadka dioptryjna (najlepiej +3 lub +4 Dp) lub zestaw pierścieni pośrednich. Z tych dwóch rozwiązań polecam to pierwsze; mimo, że tradycja (głównie polska) każe uważać je za najgorsze, dodajemy bowiem do obiektywu element optyczny, który powoduje pogorszenie jakości obrazu. Dlaczego zatem polecam właśnie nasadki? Powodów jest kilka, z których każdy może wybrać argumenty najodpowiedniejsze dla siebie. Po pierwsze, jeśli tylko nie przesadzimy z oszczędnością i kupimy soczewki jednej z przyzwoitych, uznanych firm optycznych, utrata jakości będzie absolutnie niezauważalna przy większości prac amatorskich. Po drugie, jeśli jakość jest dla nas najwyższą wartością (a nie stać nas na specjalny obiektyw makro), to można kupić doskonały optycznie układ dwusoczewkowy z warstwami przeciwodblaskowymi. Produkują je dwie firmy, które bez wątpienia można uznać za czołówkę fotograficzną świata: Canon i Nikon. Za rekomendację powinien wystarczyć fakt, że używają ich, jako wyjątkowo poręcznego akcesorium, także profesjonalni fotografowie. Te pierwsze, canonowskie, kosztują w zależności od rozmiaru i mocy ok. 250 – 400 zł, Nikona są nieco tańsze. Zaleta kolejna to rozmiar i masa: są tylko nieznacznie większe i cięższe od zwykłego filtru, można więc z powodzeniem nosić je zawsze przy sobie w kieszeni. Po czwarte, w przeciwieństwie do pierścieni pośrednich, soczewki nie powodują utraty światła. Wprawdzie przy zdjęciach makro i tak używamy na ogół bardzo małych otworów przysłony (rzędu 16 – 32), jednak jasność obiektywu bardzo się liczy przy kadrowaniu i nastawianiu ostrości. Każdy, kto próbował uprawiać makrofotografię przy pomocy ciemnego zooma z dołożonymi pierścieniami (co daje w efekcie jasność całego układu rzędu ok. f 8), ten wie o czym mowa; kto nie próbował, niech spróbuje, a szybko przyzna mi rację.
Gdy już zaopatrzymy się w odpowiednią optykę, nie możemy zapomnieć o statywie. Tu przykra niespodzianka dla tych, którzy w szafach ze sprzętem mają już schowanego jakiegoś Bogena, Slika, czy Gitzo. Niestety, większość standardowych statywów, nawet tych najlepszych firm, w ogóle do makrofotografii w ogrodzie się nie przyda. Tylko nieliczne można ustawić na wysokość mniejszą niż ok. 50 cm, a dla większości drobnych wiosennych roślinek to stanowczo za dużo. Równie nieliczne statywy pozwalają na przykręcenie aparatu od spodu, co zresztą, choć jest jakimś ratunkiem, trudno uznać za rozwiązanie komfortowe – aby ustawić aparat, trzeba wpełznąć między trzy nogi statywu, równocześnie nie dewastując całej konstrukcji (nie muszę dodawać, że zwłaszcza błotnistą wiosną należy to do przyjemności dość szczególnego rodzaju). Tak więc przed nami kolejny zakup. Jeśli nie mamy pomysłu, co zrobić z nadmiarem gotówki, możemy sobie ulżyć kupując dziwaczny Benbo Trekker – statyw, który można wyginać we wszystkich możliwych kierunkach, mocując aparat choćby i dwa centymetry nad ziemią. Znakomity, choć posługiwanie się nim wymaga nieco praktyki. Dla posiadaczy mniej opasłych portfeli mam jednak także nienajgorsze wieści. Za około 100 zł można kupić statyw Slik Mini, a za ok. 300 zł – Slik Mini Pro. Oba przy złożonych nogach i mini-kolumience centralnej nie przekraczają 20-25 cm wysokości, doskonale nadają się więc do większości zdjęć makro. Wadą jest ich mała masa, przez co przy założeniu ciężkiego obiektywu makro mają skłonność do przewracania się – trzeba pamiętać o odpowiednim ustawieniu statywu i obciążeniu. Rozwiązaniem najtańszym (i kto wie, czy nie najlepszym!) jest po prostu kawałek sklejki z przykręconą doń kulową głowicą. Taka „stopa” pozwala na wygodne ustawienie aparatu na dowolnym podłożu, nie przewraca się, a obiektyw aparatu można mieć nawet na wysokości kilku – kilkunastu centymetrów nad gruntem.
Ostatnim elementem wyposażenia jest lampa błyskowa. Ta przy makrofotografii przyda się zawsze. Tylko z użyciem lampy można uzyskać wystarczającą głębię ostrości (nawet najlżejszy wiatr, a jakiś przecież jest niemal zawsze, nie pozwoli na robienie zdjęć bez użycia lampy przy małych otworach przysłony). Lampa pozwala też na rozjaśnienie zbyt kontrastowych cieni w słoneczny dzień, a także na wyróżnienie fotografowanego obiektu z tła. Do makrofotografii będzie przydatna lampa o małej mocy. Odległość przedmiotowa wynosi na ogół kilka do kilkudziesięciu centymetrów, więc przy zbyt mocnej lampie zaczynamy mieć rozmaite kłopoty: jeśli używamy lampy bez układu automatycznego sterowania czasem trwania błysku, oświetlenie może okazać się na tyle mocne, że zabraknie nam przysłon w obiektywie. Jeśli posługujemy się lampą automatyczną, wszystko jedno czy TTL, czy też z własną fotokomórką, czas trwania błysku będzie często tak krótki, że kłopoty będzie sprawiał efekt Schwarzschilda – spadek czułości filmu przy bardzo krótkich (i bardzo długich) czasach naświetlania. Decydując się na lampę do makrofotografii, musimy jednak przede wszystkim dokonać wyboru między dwoma zasadniczo odmiennymi rodzajami: zwykłe lampy z palnikiem wbudowanym w korpus, albo specjalistyczne lampy do makrofotografii z pierścieniowym palnikiem montowanym bezpośrednio na obiektywie. Zaletą tych ostatnich jest duża wygoda posługiwania się nimi, brak konieczności stosowania specjalnych wysięgników i ramion do mocowania lampy, by nie zasłonić obiektu zdjęcia krawędzią obiektywu i – w większości wypadków – obecność specjalnych żaróweczek świecących światłem ciągłym, co wybitnie ułatwia ustawianie ostrości. Wadą jest stosunkowo wysoka cena i nieco nienaturalne oświetlenie. Spotkałem się wręcz z opiniami, że lampy do makrofotografii zupełnie nie nadają się do... makrofotografii, dają bowiem sztuczne, płaskie oświetlenie. Choć nie sposób całkowicie nie zgodzić się z tym poglądem, to odnoszę wrażenie, że głoszony jest przez tych, którzy nigdy nie spróbowali używać współczesnych lamp pierścieniowych. Te bowiem prawie nigdy nie są już „pierścieniowe” – zamiast jednego, pierścieniowego palnika, otaczającego cały obiektyw i dającego w konsekwencji owe równomierne, płaskie oświetlenie, ogromna większość współczesnych lamp wyposażona jest albo w dwa półpierścienie (np. Canon) albo cztery proste palniki po czterech stronach obiektywu (np. Minolta). Palniki te można włączać niezależnie, toteż – jeśli mamy taką potrzebę, łatwo uzyskamy boczne oświetlenie, pozwalające na wydobycie faktury fotografowanego obiektu.
Skoro zaopatrzyliśmy się już w niezbędny sprzęt, najwyższy czas zacząć się nim cieszyć. Ogród botaniczny, poza komfortem wynikającym z samego nagromadzenia setek gatunków roślin na niewielkim obszarze, ma jeszcze jedną ogromną zaletę – wszystkie te rośliny zaopatrzone są w tabliczki z nazwą i terenem naturalnego występowania. Wykorzystajmy więc tę okazję, by poznać trochę przyrodę. Później, już w lesie czy na łące, będzie nam miło rozpoznać niektóre gatunki kwiatów. To przypomina o jeszcze jednym drobiazgu, jaki koniecznie powinien znaleźć się w naszej torbie fotograficznej lub kieszeni – notes i ołówek. Przyda się nie tylko do zapisania nazw fotografowanych roślin, ale także do zanotowania parametrów ekspozycji. Warto w ten wiosenny dzień zużyć przynajmniej dwie rolki filmu, robiąc zdjęcia każdego kwiatka na kilka różnych sposobów. Dzięki temu, gdy wybierzemy się już w prawdziwy plener, będziemy wiedzieli jak nastawić aparat, by uzyskać pożądany efekt.
I jeszcze kilka krótkich porad praktycznych:
1. Znacznie lepiej fotografuje się w lekko pochmurny dzień, niż w pełnym południowym słońcu. Ostre słońce daje zbyt duże kontrasty, z którymi z trudem radzą sobie nasze oczy, a którym nie da rady żadna emulsja fotograficzna. Jeśli już nie mamy wyboru i pogoda jest „jak drut”, warto przysłonić fotografowany obiekt od bezpośredniego słońca przy pomocy kawałka białego, półprzeźroczystego materiału lub doświetlić cienie odbijającą słońce kartką białego brystolu. Do rozjaśnienia zbyt głębokich cieni można też użyć lampy błyskowej.
2. Najlepszą porą na fotografowanie roślin jest poranek. Rośliny wyglądają wówczas świeżo, często są jeszcze pokryte kropelkami nocnej rosy.
3. Przy szczególnie dużych odwzorowaniach (rzędu 1:1 i większych) krytyczna staje się głębia ostrości, która może wynosić zaledwie kilka milimetrów. Możemy ją nieco zwiększyć przez zastosowanie małego otwory przysłony. Optymalna wartość przysłony leży gdzieś w granicach f 16 – f 22; poniżej f 16 możemy już nie uzyskać wystarczającej głębi, powyżej f 22 zaczynają się zaś kłopoty z dyfrakcją światła na listkach przysłony, skutkiem czego obraz ulega „rozmyciu”.
4. Fotografując z lampą błyskową pamiętajmy, że przy małych odległościach możemy popaść w kłopoty z wspomnianym wcześniej efektem Schwarzschilda. W zależności od odległości, używanej lampy i filmu, aby uzyskać poprawne naświetlenie, będziemy musieli prześwietlać zdjęcia w granicach 1/3 – 1½ EV.
5. Niezależnie czy z lampą, czy bez, trzeba pamiętać, że światłomierz jest kalibrowany na barwę szarą. Jeśli więc fotografujemy białe kwiaty tak, że biel zajmuje większą część kadru, to także musimy takie zdjęcie prześwietlić, zwykle o ok. 1 – 1½ EV. Jeśli równocześnie głównym źródłem światła jest lampa błyskowa, to – pamiętając o tym, co powiedziano powyżej (p. 4) – może okazać się, że musimy prześwietlić klatkę nawet o 2 – 3 EV. Oczywiście przy fotografowaniu obiektów ciemnych (choćby wspomniane wcześniej sasanki), winniśmy nieco niedoświetlić zdjęcie (w przypadku kwiatów rzadko o więcej niż ½ EV), a ostateczne nastawienie aparatu przy fotografowaniu z lampą będzie znów wynikiem prostej arytmetyki: poprawka na efekt Schwarzschilda minus poprawka na ciemną barwę.
Gdy już przybędziemy na miejsce przeznaczenia, pamiętajmy o paru prostych zasadach zachowania się w ogrodzie botanicznym. W ogrodzie pod żadnym pozorem nie wolno niczego zrywać, nigdy też nie powinniśmy opuszczać wytyczonych ścieżek. Jeśli uznamy, że z jakichś względów jest to konieczne (np. ciekawiąca nas roślinka rośnie za daleko od ścieżki), koniecznie zapytajmy o zgodę pracownika ogrodu. Tylko on bowiem wie, czy na wydawałoby się pustej grządce obok nie są posadzone jakieś rośliny, które jeszcze nie wzeszły. Jeśli będziemy się zachowywali zgodnie ze zdrowym rozsądkiem i przestrzegali obowiązujących reguł, na pewno zawsze będziemy w ogrodzie mile widzianym gościem.